Życie zaczyna się codziennie. Wywiad z Ewą Wachowicz

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 5/2025
Apetytem na przygodę może obdzielić kilka osób. Nuda? Nie ma jej w słowniku Ewy Wachowicz. Nawet gdy chodzi o… dziesiąty wywiad. Wystarczy na to samo popatrzeć pogodnie. Nagrała 540. odcinek programu kulinarnego, a chwilę wcześniej weszła na Mount Sidley i jest pierwszą Polką, która zdobyła koronę wulkanów Ziemi. Odpoczynek? Ma w planie tydzień na plażowanie. Może się uda. Chyba że znowu coś wymyśli.
W 1992 roku została Miss Polonią. Zanim przyszła moda na chłopskie pochodzenie, opowiadała, że pochodzi ze wsi Klęczany. W 1993 wygrała World Miss University, a potem została sekretarzem prasowym premiera Waldemara Pawlaka. Odeszła z rządu po 472 dniach do telewizji, wprowadzała program Roberta Makłowicza. Aż zadebiutowała sama w Ewa gotuje. W 2013 została jurorką w Top Chefie, w 2017 otworzyła w Krakowie restaurację Zalipianki i wydała ósmą książkę kulinarną Obiady. W 2011 roku wdrapała się na Mount Kenya/Point Lenana (4985 m n.p.m.) i uznała, że to ciekawe. W tym roku dołączyła ostatni „klejnot” do wulkanicznej korony Ziemi, 14 stycznia o 23.59 dnia arktycznego postawiła stopy na Mount Sidley. Flagi nie wbiła, piekielnie wiało. Na naszej sesji zdjęciowej uśmiechnięta pozowała od 10 do 17, bez marudzenia. Grała? Nie sądzę. Czy ktoś pamięta reklamę baterii z pędzącym królikiem? Ewa mogłaby go zastąpić.
Twój STYL: Fascynuje mnie twoja energia. Rozmawiamy po nagraniu Ewa gotuje, a ty jesteś uśmiechnięta, pełna sił…
Ewa Wachowicz: Lubię nowe. Interesuje mnie, kim jesteś, jak będzie nam się rozmawiać. Nie ma nic gorszego, niż dopuścić do siebie nudę, złe nastawienie. Jak pozwolisz, by weszły do twojego życia, będą tobą rządzić i zaczniesz marudzić: to mi się nie podoba, to za trudne, to za łatwe. Ja mam inaczej. Gdy wczoraj zaczęliśmy sesję, pomyślałam: ciekawy pomysł z tym czarnym tłem. Zobaczmy, co z tego wyjdzie, nigdy nie miałam takich zdjęć.
Jak długo codziennie pracujesz?
Budzę się o 5.55, bo potrzebuję godziny na swoje rytuały. Weszłam w okres przekwitania, muszę dbać o ciało, słuchać go: piję ciepłą wodę ze szczyptą soli, żeby rozruszać organizm, robię masaż twarzy, żeby nie było opuchlizny, później ćwiczenia, świadome oddychanie, makijaż i mogę ruszać. A pracuję, aż... skończę. Staram się to zmienić. Mam wsparcie, mąż, Sławek Kowalewski, przypomina, że mogę zaplanować dzień tak, by kończyć pracę o 18, a nie o 21. Ale kiedy w Warszawie nagrywam Halo tu Polsat, plan nie działa. W Krakowie moje ostatnie zadanie to wizyta w restauracji Zalipianki o 17. Jem lekki obiad, godzinę później idę ze Sławkiem na spacer. Od tego momentu to już czas prywatny. O 20 wyłączam telefon, nawet Ola, córka, wie, że nie odbiorę.
Higieniczny tryb życia to zdobycz ostatnich lat?
Bezcenna zdobycz. Jestem z pokolenia, dla którego praca kończy się, gdy wykonasz zadanie. Ale młodzi ludzie, których zatrudniam w swoich firmach, są inni. Mają pracować do 17. No i tak robią, a później wyłączają telefon. To zdrowsze. Byłam zdziwiona, że tak można. Teraz wypracowuję nowy tryb, staram się pilnować, żeby nie doprowadzić do wyczerpania organizmu.
Kiedyś ci się to zdarzyło?
Wczoraj. Miałam sesję do „Twojego Stylu”, a później nagranie dla Polsatu.
Który odcinek Ewa gotuje realizowałaś?
540. To najdłuższy program kulinarny w polskiej telewizji! Idę tropem Julii Child, która występowała na wizji po osiemdziesiątce. Jej kuchnia została przeniesiona do Muzeum Historii Amerykańskiej w Waszyngtonie. Nie wiem, czy z moją tak będzie, ale ostatnio pan, który remontował mi dom, spytał, czy może zrobić zdjęcie. Myślałam, że chce selfie ze mną, i mówię: Jasne, już idę! – a on na to: „Wolałbym mieć zdjęcie w pani kuchni”.
Przegrałaś w konkurencji z kuchnią...
Mnie to akurat bawi. Od małego jestem pozytywnie nastawiona do świata.
Jakie miałaś dzieciństwo, w co cię wyposażyło?
Było szczęśliwe, ale surowe. Rodzice stawiali mnie i sześć lat starszemu bratu twarde wymagania. Uważali, że powinnam się dobrze uczyć, bo mam ku temu zdolności. Mówili: „Dostajesz wszystko, co potrzeba – książki, zeszyty, ubrania. Twoje zadanie to zdobywanie najlepszych ocen”. W ósmej klasie miałam dwie czwórki na świadectwie, jaki to był stres.
Bałaś, się, że nakrzyczą?
Nikt nie krzyczał, to nie ta metoda, ale rodzice byli rozczarowani, bo widzieli mój potencjał. Za wymagania dotyczące nauki bardzo im dziękuję. Jako dziecko dużo czytałam, w domu był kult książek. Mama wypożyczała dla mnie w bibliotece Baśnie Andersena, grubą księgę z ilustracjami Jana Szancera. Lubiłam Przygody Tomka Sawyera. Pamiętam też, jak się spłakałam przy Quo vadis. Gdy przychodziłam ze szkoły, miałam odrobić lekcje, poczytać, a później tata mówił: „Skończyłaś się uczyć? To pomożesz w gospodarstwie”.
Co robiłaś?
Możesz pomyśleć, że wychowałam się w patologicznej rodzinie, bo gdy skończyłam sześć lat, mama powierzyła mi poważny obowiązek. W żniwa wstała o trzeciej nad ranem, nastawiła na kuchni gar z rosołem. Obok postawiła drugi na makaron. Miałam dokładać drew, żeby ogień nie zgasł i rosół sobie pykał, a przed południem – ugotować makaron. Ogarnęłam zagotowanie wody, wrzucenie makaronu, gorzej z odcedzeniem, bo byłam za mała, żeby podnieść gar. Ale sobie poradziłam! Małym sitkiem wybierałam kluski do większego. Obowiązki rosły ze mną. Zaczynałam od zbierania ziemniaków z mamą do jej koszyka, aż dostałam swój. Potem obrywałam liście z buraków, bo to trudna praca. Było też robienie powróseł, wiązanie snopków, układanie ich w mendle.
To nie było ponad siły dziecka?
Skąd! Cieszyło mnie, że jestem sprytna, sprawna i na przykład narobiłam powróseł na zapas, a później tylko szłam za traktorem i wiązałam snopki. Traktorem też szybko zaczęłam jeździć.
Ile miałaś lat?
Dziewięć
Bez prawa jazdy. Mam nadzieję, że to się przedawniło...
Nie byłam zmuszana. Sama nie mogłam się doczekać, żeby mi tatuś pozwolił usiąść za kierownicą traktora. Uszanował moją ciekawość, asekurował mnie, ale prowadzić dał. Mieliśmy też duży męski rower z ramą. Z siodełka nie dosięgałam nogami do pedałów. Wykombinowałam, że jak usiądę pod ramą, to się uda. I nauczyłam się jeździć. Było w tym trochę rywalizacji z Arturem, jak to ze starszym bratem.
Nic złego wam się nie stało?
Wypadków nie było. Rodzice nas pilnowali. W traktorze tata był ze mną. Ursus C330 bez wspomagania, nie było mowy, żebym nim wykręciła, tylko prosto jeździłam. Siedziałam na krzesełku, trzymałam się kierownicy i z przytupem wskakiwałam dwiema stopami na sprzęgło, wrzucałam bieg i z powrotem – na krzesełko. Dopiero gdy urosłam, prowadziłam go sama. I miałam radochę. Apel do wszystkich rodziców: nie tłamście w dzieciach ciekawości świata. Asekurujcie, ale nie zabraniajcie wszystkiego!
Rozumiem teraz, że siłę napędową zawdzięczasz rodzicom.
Na pewno dokładali do tego pieca. Miałam i wolność, i obowiązki. Byłam uczona odpowiedzialności. Każde dziecko na wsi szybko się jej uczy. Krowa nie zostanie wydojona na czas – rozchoruje się. Moja ekipa telewizyjna mówi na mnie „klucz trzynastka”. Tata miał warsztat, naprawiał maszyny rolnicze. Czasem mu asystowa
Pozostało 70% artykułu
Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Twój Styl
PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH
- Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
- Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
- Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
- Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
- Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki
4.9 zł miesięcznie
Kup teraz