Zdarza mi się palić mosty. Wywiad z Julią Pietruchą
Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 3/2026
Chcesz występować w filmie i śpiewać, ale nie na bezdusznych zasadach show-biznesu? To masz kłopot. Julia Pietrucha zaryzykowała. Zagrała według własnych reguł. Po sukcesie aktorskim rzuciła kino, wyjechała w podróż, wróciła jako wokalistka. Muzyka dała jej poczucie wolności. A kino... niespodziewanie sobie o niej przypomniało. Czyli warto było!
Saska Kępa bardzo się zmieniła! – zauważa, gdy szukamy miejsca na wywiad. Tej knajpki nie było, tamtej już nie ma. Ale zmiany w życiu Julii są dobre. Właśnie przeprowadziła się do dzielnicy swojego dzieciństwa. Mieszka z córką Gają. Nie wygląda na mamę ośmiolatki ani na swoje 36 lat. W Pojedynku Łukasza Palkowskiego gra lotniczkę, więźniarkę łagru, kobietę oficera. To film wstrząsający, aktorsko świetny. Dla niej: przełomowy – Julia wraca do kina. Zaczynam więc od pytania o odwagę. Jak to jest, gdy dzwoni telefon i pada propozycja powrotu na plan po długiej pauzie…
Twój STYL: Decyzja była oczywista czy wątpliwości przyćmiły radość?
Julia Pietrucha: Przez dziesięć lat, odkąd przestałam pojawiać się na ekranach z własnego wyboru, nie planowałam powrotu do aktorstwa. Skupiłam się na muzyce i wychowaniu córeczki. To było wystarczająco intensywne życie. W 2024 roku dostałam SMS od reżyserki castingu Nadii Lebik. Wcześniej dzwoniła, zostawiała wiadomości, ale je przeoczyłam, pewnie z racji roztargnionej natury zodiakalnej Ryby. Gdy wreszcie spojrzałam na ekran smartfona, przeczytałam: „Szukam pani, nie mogę się dodzwonić. Mam propozycję”. Od razu zatelefonowałam, usiadłam na krawężniku w centrum Warszawy i słuchałam z zachwytem zaproszenia do jednej z głównych ról w ogromnym filmowym przedsięwzięciu. Nadia sprawiła, że bez czytania scenariusza byłam gotowa wrócić do tego świata. Okazało się, że Łukasz Palkowski, reżyser Pojedynku, od początku przygotowań do filmu myślał o obsadzeniu mnie w roli Janiny Lewandowskiej, polskiej pilotki.
Wróćmy do momentu, w którym rozstajesz się z aktorstwem. Masz 25 lat, nagrodę festiwalu w Gdyni za Jutro idziemy do kina. Grałaś u Wajdy w Tataraku i w serialach, o co aktorzy zabiegają. Czym się kierowałaś, schodząc z tej drogi?
Mam bliską łączność ze sobą. Jestem „starą duszą”, czuję się mocno osadzona w sobie, świadoma potrzeb. Wtedy zrozumiałam, że lepiej będzie, gdy pójdę za tym, co podpowiada intuicja, posłucham serca. Że zmiana jest mi potrzebna, bo to, co niegdyś cieszyło, nie sprawia już radości, nie daje satysfakcji. Nie chciałam oszukiwać siebie ani widzów. Podjęłam decyzję o odejściu i realizacji wielkiego marzenia – nagraniu płyty na własnych zasadach, bez producentów, wytwórni, itd. To było najszczersze, co mogłam wtedy zrobić.
A świadomość, że mogą o tobie zapomnieć?
Brałam to pod uwagę, ale w tamtym momencie czułam, że nie mogę już wykonywać mojego zawodu z pasją i sercem, na jakie zasługuje. Coś się we mnie wypaliło. Zaczęłam pracę jako 11-latka, grałam w teatrach, serialach, filmach. W wieku 25 lat pragnęłam zmiany. A muzykę uwielbiałam i darzyłam szczególną czułością. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Wbrew zdrowemu rozsądkowi i opinii przyjaciół, którzy odradzali mi ten pomysł, wyjechałam na sześć miesięcy do Azji. Żeby jeździć na motocyklu po Wietnamie i Laosie, pływać pośród raf koralowych na Filipinach, poznawać kulturę Tajwanu (oraz śpiewać karaoke z lokalsami), spędzać czas z rolnikami w Indonezji. I myśleć, że po powrocie zrobię wszystko, by nagrać moje piosenki. Wróciłam i zrealizowałam marzenie o śpiewaniu.
Drugi raz zostałaś debiutantką. To motywuje?
Pamiętam pierwszy koncert w Gdyni przy okazji festiwalu Open’er w 2016 roku. Czekaliśmy w amfiteatrze obok Teatru Muzycznego, na widowni było tylko parę osób. Staliśmy za kulisami, patrzyliśmy na zegarki: kurczę, chyba nikt więcej nie przyjdzie. Minęło 10 minut, wychodzimy na scenę gotowi grać, a tu plac pełen ludzi aż po same bramy Hotelu Gdynia. Klaszczą, piszczą, wiedzą, po co przyszli, to nie są przypadkowi przechodnie. Poruszyło mnie to i dodało pewności siebie. Weszłam pewnym krokiem na scenę i zagraliśmy. Na czuja, z radości i miłości do muzyki, ale też do słuchaczy, osób, które mi uwierzyły i poczuły moją wrażliwość.
Zaskakujący jest wybór repertuaru. Słuchałaś muzyki punkowej, psychobilly, rockabilly, twoją idolką była Amy Winehouse, a z płyty Parsley popłynęły delikatne i czułe melodie.
Sama nie wiem, jak do t
Pozostało 70% artykułu
Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Twój Styl
PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH
- Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
- Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
- Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
- Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
- Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki
4.9 zł miesięcznie
Kup teraz