Wszystko gra! Wywiad z Agatą Kuleszą
Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 5/2026
Jej role rozjeżdżają widzów. Nawet drugoplanowe, choćby Jolka w Domu dobrym, zapisują się w pamięci. Agata Kulesza w jednym spojrzeniu potrafi zamknąć miłość, ból, okrucieństwo. Jest mistrzynią budowania złożonych, kontrowersyjnych postaci. Mówi: „Aktor nie ma bronić bohaterów, ma ich zrozumieć. Nawet złych”. Trzeba swoje przeżyć, żeby to umieć.
O takich aktorkach mówi się, że zagrają świetnie nawet kamień. Agata Kulesza każdą rolą pokazuje, że może być lepsza. Jakby jej talent nie miał granic. Ale musiała poczekać, by ją doceniono, zauważono. Doszła do mistrzostwa, ufając intuicji, instynktowi, zachowując pokorę. Swoje bohaterki wypełnia emocjami trafionymi w punkt. W pojedynczym geście, słowie, spojrzeniu potrafi zamknąć cały tragizm postaci. To sprawia, że po wyjściu z kina inaczej patrzymy na świat. Na siebie. Dlatego to od niej reżyserzy zaczynają budować obsadę. A czy ona cieszy się z osiągnięć? – Najgorzej umościć się w ułudzie. Ten zawód jest wspaniały, kiedy miłość jest wzajemna. Teraz tworzymy bardzo dobry związek. Kochamy się – mówi. Nie zawsze tak było.
Twój Styl: Patrząc na Różę, Wandę z Idy, Teresę z 25 lat niewinności... czy Inę ze spektaklu Merylin Mongoł, mam wrażenie, że dotknęła pani „mięsa” życia. Już wie wszystko o duszy ludzkiej.
Agata Kulesza: Oj, nie…! Wiem tyle, ile każdy uważny człowiek. Czujność i zmysł obserwacji to część mojego zawodu. Dzięki rolom, które zagrałam, własnym przeżyciom czy doświadczeniom przyjaciół poznałam wiele kolorów natury ludzkiej, schematów zachowań, ale na pewno nie wszystkie. Przede mną wciąż dużo do odkrycia. Mam nadzieję, że jeszcze zagram rolę, która mnie samą zaskoczy. A z „mięsa” życia zaliczyłam to, co każdy: porażki i sukcesy, radość, cierpienie i codzienność, która potrafi przytłoczyć. Chociaż zdaję sobie sprawę, że jako aktorka jestem w pozycji uprzywilejowanej. Mam życie ciekawe, nieprzewidywalne, związane z barwnymi ludźmi.
Nie ma w nim przestrzeni na nudę. Przyznam, że z wiekiem nauczyłam się celebrować codzienność. A pani?
Ja również. Wieczorem, wracając po przedstawieniu do domu, spoglądam w okna, w których świeci się światło. Wyobrażam sobie toczące się tam życie: zupa na kolację, rozmowa na kanapie, nowy odcinek serialu. Zawsze zakładam, że jest tam dobrze, ciepło. Gdy trafia mi się kilka dni nudy – bez stresu, wstawania o piątej rano i wracania tylko po to, żeby się przespać – robię proste rzeczy, które mnie cieszą. Kiedy Marianka była mała, piekłam ciasta, uwielbiałam ten zapach. Teraz nie piekę, bo nie jem cukru, ale polubiłam zapach rosołu. Więc rosół pyka w garze, a ja robię pranie, porządkuję dokumenty, zajrzę do lodówki, sięgnę po zapomnianą książkę. Popatrzę na smugę światła wędrującą po ścianach i pomyślę: jak ten czas pędzi! Idę przez park odebrać paczkę, oglądam świat, który budzi się na wiosnę. Doskonale umiem robić nic.
Piękna definicja lenistwa w wydaniu osoby, która słynie z pracowitości.
Ludzie często myślą, że nie potrafiłabym żyć bez pracy. Mylą się. Jestem ambiwalentnie pracowito–leniwa. Staram się nie tworzyć presji, że coś muszę. Kiedy czuję, że mam „zapchany dysk” i brak mi sił, wyłączam telefon. Nicnierobienie czyści mi mózg. Oglądając Jedną bitwę po drugiej, byłam pod wrażeniem Leonarda DiCaprio. Zaimponował mi, że umie grać zwykłego człowieka. Facet przez cały film chodzi w szlafroku i gada, a ty patrzysz na niego w napięciu, łudzisz się, że wiesz, co myśli. Aktorstwo najwyższej próby. Pomyślałam, że muszę zobaczyć ten film jeszcze raz, żeby rozłożyć na czynniki pierwsze jego grę. Czasami się nie da. DiCaprio ma po prostu wybitny talent. Charyzmę.
Szkołę teatralną skończyła pani z wyróżnieniem. Czego oczekiwała od losu młodziutka aktorka?
Kolega przypomniał mi niedawno, że w filmie dokumentalnym o naszym przedstawieniu dyplomowym powiedziałam: „Jeżeli mi się nie uda, to zmienię zawód”. Nie wiedziałam, co mówię, bo okazało się, że trzymałam się tego zawodu kurczowo. I nadal się trzymam. Teraz jesteśmy w symbiozie, ale były lata, gdy w moim odczuciu grałam za mało albo nie takie role, jakie chciałam. Obudziły się wątpliwości. Zaczęłam myśleć, że może nie jestem tak utalentowana, jak przypuszczali profesorowie. Czekałam na przełomowy moment, nie mając pewności, czy nadejdzie.
Pierwszą pani rolą, którą zapamiętałam, jest Magda z filmu Moje pieczone kurczaki Iwony Siekierzyńskiej.
Bardzo ważna rola, wiele się wtedy nauczyłam. Asystentem Iwony był Leszek Dawid, oboje młodzi, oddani, pełni pasji. Po zdjęciach godzinami siedzieliśmy, gadając i rozkminiając kolejne sceny. Miałam poczucie, że jestem współtwórczynią filmu, lubię tak pracować. Iwona pokazała mi tzw. granie dokumentalne, pozwoliła pójść za intuicją. To nie była „prawdka telewizyjna”, jak szydzono w szkole, tylko styl minimalistyczny. Okazało się, że znakomicie się w tym czuję. Film znalazł się na festiwalu filmowym w Gdyni, ale jury nie przyznało wtedy nagrody za rolę kobiecą. Byłam młoda, przejęłam się. Grałam główną bohaterkę, uważałam, że to warta zauważenia rola, a oni twierdzą, że wśród zgłoszonych filmów nie ma żadnej godnej uwagi... Buntowałam się wewnętrznie, ale zacisnęłam zęby: no dobra, pracuję dalej.
Pani córka Marianna miała wtedy cztery lata. Potrafiła pani trzymać rozterki zawodowe na smyczy?
Starałam się. Grałam wtedy w Teatrze Dramatycznym, ale głównie byłam mamą w stylu rodzinnego wzorca, czyli taką, która jest obecna w życiu dziecka. Karmiłam p
Pozostało 70% artykułu
Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Twój Styl
PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH
- Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
- Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
- Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
- Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
- Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki
4.9 zł miesięcznie
Kup teraz