Wiem, co jest we mnie DOBRE, A CO ZŁE. Wywiad z Kingą Preis
Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 5/2026
Kiedyś aktorstwo było dla niej całym światem. Grała wielkie role, ale nie umiała docenić samej siebie. Nam przyznaje, że dziś coraz rzadziej myśli o sobie w kontekście zawodowym. „Największą wartość ma dla mnie to, że potrafię walczyć o drugiego człowieka. W tym jestem świetna”.
PANI: Planujesz zostać influencerką kulinarną? Twój filmik na Instagramie o robieniu sera camembert ma trzy miliony wyświetleń.
KINGA PREIS: Nie planuję. (śmiech) Przez całe lata unikałam obecności w mediach społecznościowych, więc teraz wiele osób pyta, co odmieniło się w moim życiu, że prowadzę Instagram. W moim nic, ale brak konta na takich portalach nie jest wartością dodaną w mojej branży. Dlatego jestem tam obecna z pewnego „wyrachowania”. Bo chcę pracować, chcę grać. A dziś, czy mi się to podoba, czy nie, to ilość polubień i followersów często decyduje o kolejnych propozycjach. Zdarzyło mi się przez ostatnich kilka lat nie zrobić ciekawych dla mnie rzeczy właśnie dlatego, że nie prowadziłam konta na Instagramie. Zresztą twierdzenie, że to ja je prowadzę, jest mocno na wyrost.
W takim razie kto prowadzi?
Wiktoria, prywatnie dziewczyna mojego syna Antka. Skończyła fotografię i doskonale się orientuje, jakimi prawami rządzą się media społecznościowe. Dla mnie bez różnicy, czy wrzucę post w piątek o godzinie 17, czy w poniedziałek o 9 rano. Ona wie, że lepiej w poniedziałek, bo ludzie siedzą w pracy i z nudów scrollują. Albo że filmik nie powinien być dłuższy niż kilkanaście sekund, bo i tak po pięciu użytkownicy przełączają się na następny i następny, szukając szybkiej dopaminy. Ja tych wszystkich reguł nie znam. Wiktoria jest nie tylko autorką zdjęć, ale też przewodniczką prowadzącą mnie po wirtualnym świecie za rękę. Ja wybieram temat i układam treść, a resztą zajmuje się ona. Najchętniej pokazuję na Instagramie rzeczy związane z moją działalnością zawodową, ale wiem, że czasem muszę też wrzucić jak robię ser, ocet jabłkowy czy kadry z życia. Tworzenie tych treści nie jest dla mnie szczególnie bolesne, ale jednocześnie odczuwam pewien bunt związany z tym, że wejście w świat social mediów nie było moim w pełni autonomicznym wyborem.
Marilyn Monroe mówiła, że nieważne jak, ważne, żeby mówili. Dziś nieważne gdzie, byle cię widzieli.
Kiedyś powiedziałam znajomej producentce, że nie lubię, jak aktor wyskakuje z przysłowiowej lodówki, i odpowiedziała: „Kinga, zapewniam cię, że im ciebie więcej, tym cię więcej”. Czyli jeśli chcesz pracować i dostawać nowe role, to nieważne, czy zrobisz coś dobrze, czy źle, byle o tobie mówili. Dużo mówili. Czasem rozmawiamy z moim mężem i ja żartuję: „Piotruś, może ty powinieneś się na wrocławskim rynku pojawić z jakąś fajną dziewczyną. Wtedy będzie o nas głośno”. (śmiech) Ale i tak jestem na uprzywilejowanej pozycji, bo funkcjonuję w branży od lat, więc nawet jeśli x propozycji przejdzie mi przez moją niewielką aktywność internetową koło nosa, to i tak mogę mieć nadzieję, że jednak będę grała. I jak nie mam ochoty wrzucić nowego posta, to mogę powiedzieć: „Mam to w d**ie, nie robię”. A młodzi nie mogą sobie na to pozwolić.
Naprawdę sama nikogo nie obserwujesz?
Obserwuję, ale przyrodę i zwierzęta. Z ludźmi wolę się spotkać i spojrzeć im w oczy, a nie podglądać na ekranie telefonu. Poza tym algorytm doskonale wie, czym się interesuję, więc podsuwa mi głownie posty o tym, co mogę posadzić w ogródku albo jakie kolejne zwierzę adoptować. Albo komu mogę pomoc. Od wielu lat jestem ambasadorką dwóch bardzo ważnych dla mnie organizacji: Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci oraz Animal Helper. I to jest tak naprawdę najważniejszy powód, dla którego posiadam Instagram. Prowadzę go, licząc na to, że jak komuś spodobała się moja Wiesia Wilczek z „Ołowianych dzieci”, to może zajrzy do mnie i obejrzy najnowszą kampanię naszego hospicjum uświadamiającą, jak ważne jest, żebyśmy sami decydowali, komu przekażemy nasze 1,5 procent podatku. I jeśli muszę wcześniej wrzucić zdjęcie z psem, mężem, synem czy grzybem znalezionym w lesie, aby podbić jego widoczność, to jestem na to gotowa. Oczywiście filmik, jak robię ser, obejrzały trzy miliony osób, a ten o hospicjum 16 tysięcy, ale nawet jeśli mała część z nich zdecyduje się pomoc, uznam to za swój sukces.
Wrzuciłaś na swoje konto również kulisy powstawania spotu dla hospicjum.
Zrobiliśmy go wspólnymi siłami m.in. z moją „synową” i synem. On stanął za kamerą, a ona wymyśliła kontent, zdobyła dekoracje i sprzęt oraz znalazła ludzi, którzy za free zajęli się światłem czy dźwiękiem. Wcześniej, kiedy w moim środowisku rozpuściłam wici, że chcemy nakręcić film dla hospicjum i potrzebna jest pomoc, niewielu było chętnych na pracę za darmo. Ale uparłam się, że w końcu uda się znaleźć ludzi, którzy zrobią to nie dla pieniędzy, ale z potrzeby serca. Ja wychodzę z założenia, że skoro już mam znaną gębę, to niech ona się komuś lub czemuś przysłuży.
Ty nie tylko dajesz „gębę”, ale też aktywnie działasz jako wolontariuszka.
Nie chodzi o to, żeby zrobić coś dla uspokojenia swojego sumienia. Potrzebna jest realna obecność. Wiadomo, że najchętniej uciekamy od cierpienia, ja też na początku bałam się, czy to wszystko udźwignę, ale namawiam, żeby nie odwracać wzroku, nie uciekać w obawie, że zobaczymy coś strasznego. Hospicjum dziecięce, w odróżnieniu od hospicjów dla dorosłych, nie jest wyłącznie miejscem na ostatni moment życia. Do nas trafiają dzieci nieuleczalnie chore, w przypadku których medycyna wyczerpała już swoje możliwości, ale często są z nami wiele lat. Jesteśmy przede wszystkim hospicjum domowym, czyli dziecko mieszka we własnym domu, a my pomagamy na rożnych polach, ale mamy też u siebie tzw. dzieci społeczne, które zostały przez swoich rodziców zostawione. Nasze hasło to „Pokoloruj im świat” i zarówno ja, jak i dziesiątki innych osób pracujemy na to, wręcz stajemy na rzęsach, żeby te dzieci czuły się szczęśliwe i kochane. Żeby miały dogoterapię czy ślimakoterapię (śmiech), bo hodujemy gigantyczne ślimaki afrykańskie, które chodząc po dziecku, stymulują rożne punkty na jego ciele. Chcemy, żeby nasze dzieci mogły żyć intensywnie i śmiać się jak najczęściej. Niektóre z nich nie potrafią odwzajemnić naszego uśmiechu, ale ja wiem, kiedy czują radość.
Udaje ci się godzić wolontariat z aktywnością zawodową?
Bywa intensywnie, bo w przeciwieństwie do zawodu aktorki praca w hospicjum to zajęcie, które nigdy się nie kończy. Nawet kiedy idę spać. Gdy wracam ze zdjęć, to mogę odwiesić przysłowiową rolę na wieszak i pójść na spacer z psem, zrobić obiad czy pogadać z mężem, nie myśląc o tym, co działo się tego dnia na planie. Ale gdy przyjeżdżam z hospicjum, to trybiki w głowie pracują cały czas. To jest zajęcie, które angażuje serce, umysł, każdą komórkę.
Zaczęłaś prowadzić konto na Instagramie, za to w innych mediach od kilku lat udzielasz się rzadko. Nie lubisz wywiadów?
Nienawidzę! Ale nie samych wywiadów, tylko tego, co dzieje się potem. Bo wiem, że prawie zawsze portale czy pisma plotkarskie wyciągną zdanie wyrwane z kontekstu i dopiszą do niego nową historię. A potem moja mama zadzwoni do mnie zdziwiona i zapyta: „Kinga, wzięłaś ślub za Zanzibarze?”, i będę musiała tłumaczyć: „Mamuś, powiedziałam, że najprawdo
Pozostało 70% artykułu
Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Pani
PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH
- Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
- Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
- Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
- Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
- Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki
4.9 zł miesięcznie
Kup teraz