Przejdź do zawartości

Więcej nie potrzebuję. Wywiad z Kaśką Sochacką

Rozmawiała: Agnieszka Litorowicz-Siegert, zdjęcie: Aleksandra Zaborowska

Data publikacji: 02.07.2026

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 8/2026

Nostalgiczna i refleksyjna, fani mówią: piosenkowa terapeutka. Kaśka Sochacka to fenomen. Bilety na jej koncerty sprzedają się w mig, choć na scenie nie ma fajerwerków i tancerzy. Tylko ona i muzycy. Ale gdyby po pierwszym wersie zamilkła, publiczność sama dokończyłaby utwór, bo zna wszystkie. By przyszedł taki sukces, potrzebne było morze cierpliwości i pokory. Na szczęście Kaśka w nim nie utonęła.

A ty jak? Jak ci się teraz podoba twój świat? – pyta czule w piosence o rozstaniu. Lubi ten temat. I inne skłaniające do wzruszeń. Śpiewanie o nich przyniosło jej pięć Fryderyków. Delikatna i sympatyczna, uważnie dobiera słowa, buduje ładne zdania. Dużo się śmieje. Pijemy kawę w ogrodzie wytwórni Jazzboy. Śpiewają ptaki, kiście bzu pachną szaleńczo – jak to na Saskiej Kępie. Rozmawiamy o komentarzach w internecie, rzadko się zdarza, że ktoś ma tak pozytywne.

Twój STYL: Jak myślisz, za co ludzie cię lubią?

Kaśka Sochacka: Chciałabym wiedzieć. Dzisiaj już dociera do mnie, że piosenki, które uważałam za tylko moje, stają się również czyjeś. Rozumiem, że są dla kogoś ważne, że w czymś pomagają i zmieniają życia. Sama też przeszłam metamorfozę. Byłam tą nieśmiałą dziewczyną, która przepuszcza innych w kolejce. Dosłownie. Gdy studiowałam w Krakowie ekonomię, równocześnie zapisałam się do Krakowskiej Szkoły Jazzu. Wystąpiłam tam publicznie tylko raz. Podczas prób, kiedy akompaniowali nam profesjonalni muzycy, siedziałam w kącie i przepuszczałam wszystkie koleżanki, żeby tylko nie wystarczyło czasu dla mnie. One wchodziły na środek, ja nie.

Trudno uwierzyć, gdy mówi to wokalistka, której piosenki tłumy nucą na koncertach, mają miliony odsłuchań w internecie. Co wygrało z nieśmiałością?

Miłość do muzyki. W moim życiu wiele się zmieniało, ale ona była czymś stałym, osią, po której się zawsze mimowolnie poruszałam. Wychowywałam się w muzycznym domu w Pradłach, wsi położnej w Jurze Krakowsko–Częstochowskiej. Tato miał zespół, grywał na imprezach, weselach. Jako pierwszy w wiosce kupił magnetofon szpulowy, ludzie przychodzili do niego posłuchać nagrań, takie były czasy. Mama lubiła śpiewać i pięknie pisała. Była pomysłodawczynią, opiekunką i sercem Zespołu Pieśni i Tańca Ziemia Kroczycka, który dzisiaj nosi jej imię – Heleny Sochackiej. Występowało w nim starsze rodzeństwo – bracia i siostra, ja, blisko dziesięć lat młodsza, czekałam na swoją kolej i podziwiałam siostrę, która nie tylko pięknie wyglądała w stroju ludowym, ale także śpiewała solówki. Po roku w szkole jazzowej zrezygnowałam z nauki. Chociaż zaproponowano mi nawet, że na drugim roku będę mogła uczyć się za darmo, odpuściłam.

Zostałaś przy ekonomii, która kojarzy mi się z tabelami w Excelu, rachunkami, bilansami, oceną ryzyka. Pierwsza myśl: nie twój świat.

Studia ekonomiczne dawały solidny fach. W domu słyszałam: muzyka muzyką, ale warto mieć coś pewnego. Dostałam się na matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim i ekonomię na Uniwersytecie Ekonomicznym. Wygrała ekonomia, bo liczyłam, że będzie sporo matematyki, a perspektywy po jej skończeniu wydawały się szersze. Po rozpoczęciu roku akademickiego byłam załamana. Matematyki mało, nie moja bajka. Ale skończyłam te studia, jestem magistrem ekonomii. Szkoły jazzowej nie dokończyłam, jednak wierzyłam, że za jakiś czas muzyczny świat do mnie przyjdzie.

„Jakiś czas” okazał się dość długi. Od podpisania kontraktu z wytwórnią Jazzboy do wydania debiutanckiej płyty minęło siedem lat. Co trzeba mieć, żeby się nie poddać?

Pasję, cierpliwość i determinację. Jeszcze w szkole zakładałam zespoły rockowe, śpiewałam w nich, najczęściej covery. Ale chodziło mi o więcej, o komponowanie własnych utworów od początku do końca: muzyka, słowa, aranż. Żeby moja wewnętrzna iskra nie zgasła, przełamując nieśmiałość, wystąpiłam w programach Mam Talent i Must Be the Music. W każdym za namową bliskich. Po nich przyszły propozycje występów i kontrakt z Jazzboyem. Liczyłam, że ktoś czeka na moje piosenki, że płyta ukaże się szybko. Tymczasem w wytwórni pojawił się Kortez, czyli Łukasz Federkiewicz, wszystko zaczęło się kręcić wokół niego. Kibicowałam mu, cieszyłam się z jego sukcesów i myślałam: najpierw zajmą się nim, potem przyjdzie kolej na mnie. Ale nie stało się tak, jak zakładałam. Zniknęłam z pola widzenia. A nie potrafiłam napierać, krzyczeć: hej, tu jestem!

W takiej sytuacji miałaś prawo czuć żal, złość, rozgoryczenie...

Był po prostu smutek. Nie miałam pieniędzy, żyłam z miesiąca na miesiąc. Na zmianę – odczuwałam przypływy nadziei lub godziłam się z tym, że nie będę śpiewać. Szukałam zajęcia, pracowałam w kilku firmach, byłam agentką nieruchomości, organizowałam szkolenia i konferencje. W końcu zapisałam się na kursy i zaczęłam się uczyć śpiewu, emisji głosu. Tych siedem lat to trudny czas. Wcześniej straciłam mamę, to był dla mnie cios i chyba po prostu się poddałam, zaczęłam coraz bardziej odpuszczać, wątpić: może śpiewanie nie jest dla mnie? Potraktuję je jak hobby, na chleb zarobię inaczej.

W takich momentach – nawet wiedząc, czego chcesz od życia, o c

Pozostało 70% artykułu

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Twój Styl

PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH

  • Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
  • Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
  • Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
  • Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
  • Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki

4.9 zł miesięcznie

Kup teraz

Masz już wykupioną subskrypcję?

Zaloguj się