Wciąż zaczynam od nowa. Wywiad z Weroniką Książkiewicz
Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 11/2026
Dobre życie zaczyna się po czterdziestce? Dla niej na pewno. Weronika Książkiewicz cały czas się zmienia – i aktorsko, i jako człowiek. Znalazła miłość, wyszła za mąż. Nareszcie też gra role, o jakich od dawna marzyła.
PANI: Właśnie skończyłam oglądać serial „Pionek”, w którym grasz policjantkę w zaawansowanej ciąży: zmęczoną, bez makijażu, noszącą nieatrakcyjne swetry. Już od kilku lat, kiedy widzę cię na ekranie, nie rozpoznaję „tej blondynki z komedii romantycznych”. Przeszłaś zawodową metamorfozę.
WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ-NATHANIEL: Najpierw była transformacja wewnętrzna. 10 lat temu podjęłam decyzję, że muszę zrobić rewolucję, przewartościować wszystko, zobaczyć, na ile nadal aktualne są sprawy, które do tej pory mnie pochłaniały. Chciałam poznać rożne zakamarki mojej duszy. I kiedy zaczęłam zmieniać się jako człowiek, naturalnie zmieniałam się też jako aktorka. Zaczęłam otaczać się innymi ludźmi, pojawiły się inne propozycje.
Co cię skłoniło do tej zmiany?
To był dla mnie pełen perturbacji czas i w pewnym momencie zobaczyłam, że niedobrze się czuję sama ze sobą. Miałam wrażenie, że straciłam kontrolę nad życiem, że ono mi się po prostu przydarza, a ja płynę z nurtem. Brakowało mi poczucia sprawczości. Więc powiedziałam: „Stop, nie chcę tak dalej”. Całą tę zmianę musiałam zacząć od siebie. To była trudna, pełna zakrętów i wyboista droga. Nieraz mnie kusiło, żeby z niej zawrócić, bo tak byłoby łatwiej. Ale wytrwałam, pragnienie zmiany było większe.
Dlaczego wyboista?
Bo nie zawsze podobało mi się to, co widziałam w lustrze. Ba, ja momentami wręcz nie lubiłam tej dziewczyny po drugiej stronie. Prawda bywa bolesna, ale zdejmowałam kolejne maski i obierałam samą siebie z rożnych warstw jak cebulę. Ludzie wybierają rozmaite metody, żeby poznać siebie, jedni chodzą na terapię, inni znajdują coachów, a ja postawiłam na medytację. Mogę to nazwać drogą duchową, chociaż dziś słowo „duchowość” bardzo się zdewaluowało, bo pełno na Instagramie czy TikToku „ekspertów” w tej materii.
Czyli dojrzałaś?
Skończyłam 45 lat, więc jestem bardzo dorosła, ale czy dojrzała? Dojrzałości nie można mierzyć wiekiem. Znam mnóstwo młodych ludzi, którzy mają w sobie całe pokłady spokoju i doskonale wiedzą, czego chcą. A znam też starszych, którzy dalej boksują się z życiem. Śmieję się, że do mnie wszystko przychodzi z dużym poślizgiem, również dojrzałość. Wciąż jestem w procesie. Ale na pewno jestem już inną osobą niż 10 lat temu. Wypracowałam pewną równowagę wewnętrzną i mogę powiedzieć, że zaakceptowałam i polubiłam siebie. Może wręcz pokochałam? A dopiero gdy człowiek czuje miłość do siebie, może w pełni pokochać drugą osobę.
Tobie to się udało, dwa lata temu wyszłaś za mąż.
Męża też zawdzięczam medytacji. Dosłownie, bo poznaliśmy się na sesji medytacyjnej w domu wspólnych przyjaciół. To było osiem lat temu. Miałam na sobie welwetowy zielony dres, idealnie w kolorze obicia kanapy, więc wtopiłam się w krajobraz, a Heskel mnie nie zauważył i na mnie usiadł. Gdyby to była scena w komedii romantycznej, to powiedziałabym, że w prawdziwym życiu nic takiego nie miałoby prawa się wydarzyć. Totalny kicz. (śmiech)
Bardziej ambitne propozycje zawodowe przyszły same czy musiałaś o nie zawalczyć?
Pierwsza była decyzja, że pragnę innych ról. Ale wyjście z szuflady, do której samemu się weszło, nie jest proste. Nie chciałam przyjmować ról, które były w jakiś sposób do siebie podobne. Punktem zwrotnym była „Furioza”, choć nie jest tajemnicą, że reżyser wcale mnie w tym filmie nie widział. Nie chciał zaprosić mnie na casting, bo nie potrafił zobaczyć we mnie Dzikiej. Ale kiedy półroczne poszukiwania odtwórczyni roli nie przyniosły skutku, w końcu zgodził się na przesłuchanie. Na zasadzie „No dobrze, jak już musi, niech przyjdzie”. (śmiech) A ja dobrze wiedziałam, że mam w sobie mroczną stronę i potrafię ją wykorzystać w budowaniu skomplikowanych bohaterek. Podczas zdjęć próbnych tak głęboko weszłam w postać Dzikiej, że po wspólnej scenie Mateusz Banasiuk miał porwaną koszulkę. Sama byłam zaskoczona, że to ja zrobiłam. (śmiech) Dwa dni później zadzwonił telefon, że dostałam rolę.
Kiedy odrzucałaś kolejne propozycje, nie bałaś się, że zostaniesz bez pracy?
Oczywiście, że się bałam. Bo nie podejmowałam decyzji na rzecz innych ofert, tylko na rzecz marzeń. Czegoś, czego jeszcze nie mogłam dotknąć. Ale wiedziałam, że nie mogę tkwić w szpagacie, to musiało być ostre cięcie. I faktycznie były miesiące, podczas których nie miałam żadnej pracy. Siedziałam w domu, a telefon nie dzwonił. A to się wiązało z brakiem pieniędzy. Ale nie chciałam ryzykować, że zagram w czymś, co zawróci mnie z już obranej drogi. To nie znaczy, że nie jestem otwarta na role komediowe - jestem, bardzo lubię komedie i uważam, że mamy za mało uśmiechu w życiu. Ale chciałabym, żeby role pozwalały mi na tworzenie wielowymiarowych, ciekawych postaci, niezależnie od tego, czy będzie to komedia, czy thriller. Staram się wybierać projekty bardzo uważnie, bo praca jest moją ogromną pasją, wypełnia moje życie. I chciałabym mieć poczucie, że robię coś ważnego oraz wartościowego. I dla widzów, i dla mnie.
Tuż po „Furiozie” na ekrany wszedł nominowany w Gdyni do Złotego Lwa film „Powrót do tamtych dni”, gdzie grasz żonę alkoholika. Mądre kino.
To był jedyny raz, kiedy producent zadzwonił i powiedział, że albo robi film ze mną, albo wcale. Lambros Ziotas chciał w tej roli kogoś nieoczywistego, kto nie będzie na pierwszy rzut oka umęczoną i udręczoną żoną uzależnionego od alkoholu człowieka.
Oba filmy miały premierę pięć lat temu. Otworzyły się wtedy przed tobą nowe drzwi?
Wciąż czuję, jakbym wszystko zaczynała od początku. Ale aktorzy często tak mają, to jest wpisane w nasz zawód. Dlatego staram się tym cieszyć. Łącznie z tym, że chodzę na rożne warsztaty aktorskie i jestem tam zazwyczaj jedyną osobą po czterdziestce. Dzięki temu poznaję techniki grania, których nie uczono nas w łódzkiej filmówce. I cały czas się rozwijam. Kiedy wystąpiłam w pierwszej „Furiozie”, nie miałam jeszcze tych wszystkich narzędzi, które mam dzisiaj, nie umiałam do tej roli podejść kompletnie inaczej, a mimo to udało mi się wszystkich zaskoczyć. Usłyszałam wtedy wiele słów uznania. Choć nie oznacza to, że nie zdarzają mi się projekty, które zaczynam od nagrania wizytówki.
Czyli?
Polega to na tym, że biorę telefon i przedstawiam się: „Cześć, jestem Weronika Książkiewicz, mam 45 lat”. I dodaję trzy, cztery zdania o sobie. Forma wizytówki zawsze wygląda tak samo, niezależnie od tego, kto ją nagrywa.
Ale przecież wszyscy w branży wiedzą, kim jesteś…
Dlatego staram się do tego pochodzić z humorem. Bo wiem, że taka po prostu jest formuła. Potem są kolejne etapy - zrobienie self-tape’a (samodzielne nagranie sceny – przyp. red.), zdjęcia próbne. I one też mają rożne etapy, pierwsze są zazwyczaj bez reżysera. To długa droga, ale ja bardzo lubię castingi i mam z nich dużą frajdę. Bo nawet jeśli ostatecznie zostaje wybrany ktoś inny, to przegrany casting potrafi kilka miesięcy później zaowocować inną propozycją.
Masz poczucie, że udało ci się już wyjść z szuflady?
Nie wiem, jak jestem postrzegana przez ludzi z branży, ale kiedy spotykam widzów, to czuję, że oni wciąż pamiętają Olę, biuściastą blondynkę z „Planety singli”. I dziwią się: „To pani teraz ma takie krótkie włosy?” albo komentują: „Jakaś taka mała jest pani bez obcasów”. Ta postać pewnie jeszcze długo ze mną będzie, dlatego tym bardziej lubię role, które są na przeciwległym biegunie. I bohaterki, które fizycznie wyglądają inaczej niż ja na co dzień. Szukam okazji, żeby eksperymentować i przekraczać granice. Grać coraz bardziej skomplikowane postaci…
Dagmara Kocur wpisuje się w ten kierunek. Ale granie z wielkim doczepionym brzuchem musi być męczące.
Ten brzuch nie był ciężki, ale kiedy był przypięty do ciała przez 12 godzin dziennie, zaczynałam zupełnie inaczej się poruszać. Za to w scenach, w których musiałam go odsłonić, brzuch był klejony i wtedy rzeczywiście robił się masywny. Samo klejenie trwało pięć, sześć godzin, a potem było jeszcze malowanie. Charakteryzatorki bardzo precyzyjnie odtwarzały popękane naczynka, żyłki, rozstępy. Ja w tę rolę włożyłam sporo własnych doświadczeń i wspomnień z ciąży. W scenie, w której Dagmara stoi przed lustrem i przygląda się sobie, doskonale wiedziałam, co ona czuje. Bo ja czułam to samo, kiedy patrzyłam na siebie w dziewiątym miesiącu ciąży. To zmęczenie, strach, wątpliwości… Pamiętam, jak cieszyłam się z przyjścia syna na świat, ale jednocześnie t
Pozostało 70% artykułu
Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Pani
PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH
- Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
- Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
- Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
- Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
- Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki
7,20 zł miesięcznie
Kup teraz