Trzecia młodość. Wywiad z Izabelą Kuną
Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 4/2026
Wojowniczka, która czasami się boi. Szczególnie upływającego czasu. Lubi pracować. Izabela Kuna rozkręca się na planie, w akcji. Wtedy czuje, że żyje, jest potrzebna. Nie dziwi więc, że gra, pisze… Jeszcze nie śpiewa, ale ostatnio rapowała i została gwiazdą TikToka. Wzrusza, porusza i rozśmiesza widzów od lat 10 do 100.
Pełna sprzeczności: silna i krucha, pewna siebie i neurotyczna. Długo mierzyła się z życiem. – Ciężko zapieprzałam, żeby utrzymać dom – mówi. Była pogodynką w Polsacie, prowadziła wywiady w Tele 5, czytała wiadomości w stacji Super One, zajmowała się PR-em we francuskiej firmie, pisała scenariusze do programów telewizyjnych i krótkich filmów. W teatrze grała role małe i mniejsze: Anioła w Pastorałce i Elfa w Śnie nocy letniej. – Załamywałam się wiele razy, ale szłam dalej. Wierzyłam w sens pracy, nawet gdy przestawałam wierzyć w siebie – przyznaje. 20 lat temu poznała Marka Modzelewskiego, lekarza i dramaturga, autora scenariuszy, m.in. do Teściów, Porządnego człowieka i wielu sztuk teatralnych. Z nim jest jej dobrze, bo różnią się pięknie.
Twój Styl: Musiałam poczekać na spotkanie z tobą, aż wrócisz z Islandii. Co tam robiłaś?
Izabela Kuna: Przeżywałam trzecią młodość. Być może ostatnią. Miałam zdjęcia do serialu, a jednocześnie oddychałam. Nie spodziewałam się, że w tym zimnym miejscu będę tak szczęśliwa. Ja, City Girl, zostałam Nature Girl! Nie przepadam za śpiewem ptaków, spacerami po lesie, przyroda nastraja mnie nostalgicznie, żeby nie powiedzieć depresyjnie, aż tu nagle na Islandii zwariowałam. Zdarzało się, że szłam ulicą i płakałam ze szczęścia. Czułam się wolna. Na planie, pod okiem reżysera, mogłam sobie pozwolić na wszystko. Nikt mnie nie znał, nie bałam się, grałam po angielsku i zrobiłam to najlepiej, jak umiałam. Byłam sama, musiałam się sobą zaopiekować. W pokoju hotelowym nie włączyłam telewizora ani komputera, korzystałam tylko z telefonu. Marek twierdzi, że jestem uzależniona – od czegoś muszę. Spakowałam dwie książki: Nowe imię Jona Fosse’a, którego uwielbiam, bo jest mroczny jak Islandia, i Ogród rozpaczy ziemskich Beatriz Serrano. Tę drugą zaczęłam czytać dopiero dwa dni przed powrotem do Warszawy. Na Islandii jadłam śniadanie, jechałam do pracy, wracałam. I dużo myślałam, głównie o sobie.
I co wymyśliłaś na swój temat?
Że pierwszy raz w życiu nie zajmuję się wyglądem. A wiesz, jaki jest dla mnie ważny. Zabrałam tam walizkę drogich ubrań i większości nie wyjęłam. Chodziłam w jednej kurtce, czapce i szaliku, zmieniałam tylko dresy, za to modne. Było zimno i nie chciało mi się popisywać, nie czekałam na aplauz. Byłam z siebie zadowolona. Przewiało mnie dokumentnie, polubiłam spacery w deszczu. Brzmi jak literatura kominkowa, ale tak było. Gdybym miała kominek w hotelu, to bym przy nim siedziała. Robiłam zdjęcia natury. Wcześniej uważałam to za dziwactwo, podobnie jak fotografowanie architektury. Po diabła mi zdjęcia, na których nie ma bliskich albo... mnie? A tu, proszę, wysyłałam Markowi zorzę polarną, Diamentową Plażę, fioletowe niebo... Beze mnie! Trochę był zaniepokojony, ale nie wyprowadził się na razie. Czas płynie szybko, tam żyłam wolniej, spokojniej. Zachwyciłam się Islandią. Wróciłam i powiedziałam: „Marek, muszę kupić tam mieszkanie”. Był w szoku, chociaż nie traktuje wszystkiego, co mówię, poważnie. Ostudziły mnie horrendalne ceny. Islandia to był przewrót. Jakby ktoś mnie wrzucił na tryb „gotowanie i wirowanie” i nadal nie wyjął. Na terapii próbuję poukładać to, co się tam wydarzyło, nie chcę tego stracić. Robię się sentymentalna na starość.
Znajoma psychoterapeutka powiedziała mi, że „terapia ma nas naprawić i nowych oddać światu”. Można „naprawić” człowieka?
Nie. Miałam kilka terapii w życiu, teraz też jestem w terapii. Są różne, pytanie: czego się od nich oczekuje? Ja szukam spokoju i ulgi. Nie potrzebuję wnikliwego przeglądu sytuacji, które wydarzyły się w moim życiu, bo już je zrozumiałam. Mam kłopot z moimi prawdziwymi emocjami. Jako aktorka potrafię „wyprodukować” radość, smutek, strach, wstyd, wstręt. Umiem opowiadać o uczuciach, czuję świetnie cudze, gorzej z własnymi.
À propos emocji… Ostatnio porwały mnie dwie kobiece role: Jessie Buckley jako Agnes Shakespeare z filmu Hamnet i twoja Wanda z Teściów. Pozornie na antypodach, ale obie zagrane z trzewi, z żarem.
Dałam Wandzie swoje serce, wrażliwość, lęki i tęsknotę. Rozczula mnie nawet jej paskudny charakter. Jest mi bliska. Wiele osób utożsamia mnie z nią, mówią do mnie Wandzia. Kobiety zaczepiają mnie na ulicy albo piszą w internecie: „Jestem taka sama jak Wanda, tylko mój stary nie słucha się jak Tadeusz”. W tym tkwi siła sztuk Marka, który swoich bohaterów traktuje z czułością, nie wyśmiewa. Może dlatego, że ich nie wymyśla, tylko bierze z życia. W Stanach Teściowie mogliby dostać nominacje do Oscara, u nas takie filmy i role traktuje się gorzej, to „komercja, która nie opowiada o rzeczach ważnych”, tak uważa środowisko. Bzdura! Najtrudniej opowiedzieć o zwyczajnym człowieku. I dlatego widzowie to doceniają, co zawsze będzie dla mnie najważniejsze. W naszych bohaterach jest wrażliwość, cierpienie i prawda. Tacy jesteśmy. Po przylocie z Islandii poszłam na Hamneta. Płakałam na filmie, ale po wyjściu z kina płakałam też w jakimś sensie nad sobą. Jessie Buckley jest tam wspaniała. Przez lata chciałam zagrać taką rolę, po tym filmie odpuściłam.
Dlaczego?
Pomyślałam, że muszę robić to, co mogę, tak jak umiem. Nie porównywać się i nie żałować. Wanda to najlepsze, co m
Pozostało 70% artykułu
Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Twój Styl
PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH
- Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
- Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
- Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
- Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
- Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki
4.9 zł miesięcznie
Kup teraz