Światło W CIEMNOŚCI. Wywiad z Ewą Bem
Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 12/2025
Bol nie zna dat. Żałoba nie ma kalendarza. Święta nie pytają, czy jesteśmy gotowi – przychodzą zawsze, obojętne na to, co straciliśmy. Ewa Bem najpierw straciła córkę, a na początku tego roku męża. Grudzień będzie więc dla niej wyjątkowo trudny. Jednak jak mówi, nawet w ciemnościach można odnaleźć błysk światła.
PANI: Zawsze wierzyłam, że choinka, karp, cały świąteczny anturaż kryje w sobie pewną tajemnicę: że w największym mroku może nagle rozbłysnąć światełko. Czy tak jest?
EWA BEM: Choć nieszczęście i trwoga towarzyszą mi ostatnio niemal każdego dnia, to światełko wciąż się tli. Mam wnuki – one są moim światłem w ciemności, moją nadzieją. I moją siłą. Ale wiem też, że te święta będą niezwykle bolesne. Pierwsze po odejściu mojego męża. Dlatego ta Wigilia odbędzie się u córki Gabrysi. Może zmiana przestrzeni, wyjście z rytuału osłabi ciężar pustego krzesła. Bo rytuał ma potężną moc, nawet to, gdzie kto siadał, miało u nas znaczenie. Teraz trzeba będzie ten rytuał złamać, odczarować bol. Powtarzamy sobie w kółko, że te święta będą niesłychanie trudne. Może gdy się to wypowie wielokrotnie, siła tych słów wreszcie osłabnie. Dla Gabrysi też to będzie ciężki czas - najpierw straciła siostrę, potem tatę. Kiedy prosiłam ją, by wzięła na siebie przygotowanie tegorocznych świąt, pomyślałam, że to może być dla niej droga do przepracowania traumy. Skoncentruje się, zaangażuje, każdego detalu będzie musiała dopilnować i to może sprawić, że inaczej się do tych świąt przygotuje. Może nie będzie już tak nie do zniesienia, jeśli zmienimy przestrzeń. Inaczej boli w tym samym miejscu, inaczej „gdzie indziej”. Poza tym człowiek musi uczyć się żyć na nowo: ja już nauczyłam się spać sama w wielkim domu, rozmawiam z jego zdjęciem, przyzwyczajam się do rozmowy z pustym fotelem. To wszystko są małe, twarde lekcje.
A gdybyśmy spróbowały przywołać nieobecność przez obecność – obejrzeć fotografie dawnych Wigilii, wrócić do dobrych wspomnień. Która Wigilia zapisała się w pamięci najmocniej?
To Wigilia, kiedy kupiliśmy dom. Był jeszcze w stanie surowym otwartym. Dwupiętrowy, zimny beton, bez podłóg, okien i drzwi. A ja uparłam się, że właśnie tam musi odbyć się wigilia. Z malarskiego krzyżaka zrobiliśmy więc stół – zwykła konstrukcja z desek – przykryty najpiękniejszym haftowanym obrusem, a pod nim sianko. Na nim opłatek, trochę śledzia, sałatka, karp w galarecie. Nic wielkiego. Staliśmy wszyscy w płaszczach, czapkach i szalikach, bo wiatr hulał przez dziury w oknach. Zimno przenikało do kości. Ale kiedy zaintonowaliśmy „Bóg się rodzi”, te puste mury zaczęły dudnić naszym śpiewem. Brzmiało to jak echo ze stajenki – tej prawdziwej, ubogiej, a nie z kartki bożonarodzeniowej. To było doświadczenie, które miało rangę cudu. Najprostsze, a przez to najprawdziwsze.
Przypomina to niemal scenę z Ewangelii… Święta zawsze mają swój zapach. Dla jednych będzie to piernik, dla innych barszcz, dla jeszcze innych smażona ryba. Jaki zapach był sercem waszego domu?
Ryby na stole – to była domena Dżindżiego, mojego męża. Co roku, w przeddzień Wigilii, wracał z półmiskiem dorodnych okazów, kupowanych u tego samego wspaniałego pana Beniamina. Znał każdy szczegół: wiedział, jak je ułożyć, czym przykryć, żeby wytrzymały do wieczerzy. To był jego wkład, jego rytuał, jego męska duma. Ja odpowiadałam za mięsa, barszcz i pasztet. Ten pasztet – pieczony od lat, pachnący ziołami, pieprzem, czymś ciepłym i pierwotnym – mówił mi, że Wigilia się zaczęła. W tym roku obiecałam sobie, że go znów zrobię, ale to było, jeszcze zanim odszedł Dżindżi. Teraz nie wiem, czy wystarczy mi odwagi, czy podołam tej pustce przy stole.
Czyli te świąteczne zwyczaje niekoniecznie dają już pani poczucie porządku w świecie. Teraz, po stracie córki Pameli i męża, stają się bolesnym przypomnieniem nieobecności?
Przede wszystkim zabierają radość. Gdy Pamela jeszcze żyła, choć choroba już zabierała jej siły, wśród świątecznych przygotowań były walka i sprzeciw: trzymaliśmy się razem, chcieliśmy otoczyć ją opieką, dać jej poczucie, że nie jest sama. Pamiętam Basię – maleńką, w foteliku postawionym na stole, z czerwoną kokardką we włosach. Obok Tomek, nieco starszy, ciekawy wszystkiego. Chaos miłości, troski, kolęd, zapachu jedzenia i dźwięku rozmów. Wtedy my – dorośli – narzucaliśmy rytuał jak plaster na ranę. Po śmierci Pameli te dzieci były naszym światłem. Nawet wtedy gdy najtrudniej było podnieść się z łóżka, one patrzyły na choinkę, bawiły się bombkami, śmiały się tak, jakby świat nie znał jeszcze słowa „żałoba”. Nie rozumiały w pełni, co się stało, i w tym tkwiło ich zbawienie. W ich niewiedzy, w prostym zachwycie nad gałązką świerku, błyskiem światełek, my sami mogliśmy zaczerpnąć powietrza. Dzieci dały nam więcej, niż my byliśmy w stanie ofiarować im – swoją obecnością, naturalną radością, faktem, że potrafiły śmiać się przy stole, kiedy w nas wciąż drżała rozpacz. Dzięki nim nawet największy bol na chwilę malał. Ale patrząc na nie, widzieliśmy też boleśnie wyraźnie, jak bardzo wszystko się zmieniło. One były lustrem tej straty – niewinnym, jasnym, a przez to jeszcze bardziej przejmującym. A teraz, po jego odejściu, wszystko to jawi się inaczej: ozdoby, zapachy, przygotowania nagle zamieniają się w zwierciadło pustki. Choinka, którą kiedyś wnosił Dzindżi i która pachniała lasem i bezpieczeństwem, teraz może w ogóle nie zostać przyniesiona. A ja jeszcze nie potrafię tego oswoić, minęło już 10 miesięcy, a rzeczywistość wciąż jest obdarta z sensu. Po 42 latach wspólnego życia to tak, jakby połowę serca ktoś wyrwał nagle i kazał drugiej połowie dalej bić. To było poczucie rażącej niesprawiedliwości. Wydawało mi się, że to ja pierwsza odejdę. Wszystko na to wskazywało. Dwa lata temu okazało się, że mam raka, byłam w dramatycznym stanie, miesiąc niemal konałam. Pamiętam, jak po kolejnej operacji obudziłam się ze śpiączki w szpitalu na Płockiej. Lekarka zapytała: „Jakie jest pani największe marzenie?”. A ja odpowiedziałam: „Już nic nie chcę. Chcę tylko z moim Siwałkiem pójść do Parku Dreszera”. Bo on miał piękne, siwe włosy. Inni farbowali, a ja mówiłam mu: „Siwy mężczyzna to cymes”. Lubiłam ten park. Ma proste alejki, łatwe do przejścia, z
Pozostało 70% artykułu
Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Pani
PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH
- Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
- Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
- Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
- Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
- Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki
4.9 zł miesięcznie
Kup teraz