Przejdź do zawartości

Ostrzegam, BĘDĘ szczęśliwa! Wywiad z Magdaleną Różczką

Rozmawiała: Joanna Lorynowicz, zdjęcie: Bartek Wieczorek/Visual Crafters

Data publikacji: 02.01.2026

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 12/2025

Aktorstwo to jej wymarzony zawód. Ale przecież nie całe życie. Jego główny nurt płynie poza ekranem, wśród bliskich. Magdalena Różczka nauczyła się rozdzielać dwa światy, dbać, by na artystycznym spełnieniu nie cierpiało prywatne szczęście. A  jednak przychodzą do niej ciekawe role. W  Heweliuszu gra wdowę po kapitanie, to trudne. Jednak scenariuszowe emocje zostawia na planie. „Magia kończy się, gdy słyszę: Kamera, stop!”

Zawodowe „pięć minut” Magdaleny Różczki trwa... od ponad dwudziestu lat. Oglądamy ją w  filmach, ale to w  serialach tworzy kreacje niezapomniane. W  Rojście ’97 i  Rojście Millenium zagrała introwertyczną sierżant Annę Jass, policjantkę o  niedoścignionym instynkcie i  trudnym charakterze. W  Matkach pingwinów zmęczoną, zdeterminowaną Tatianę Tracz, która daje z  siebie wszystko, by syn z  dystrofią mięśniową mógł się uczyć w  szkole. Rola Jolanty Ułasiewicz w  Heweliuszu to znów wyprawa w  mroczne rejony ludzkiej duszy, mierzenie się z  trudnymi emocjami. Czy dzięki zawodowemu doświadczeniu granie takich bohaterek przychodzi jej z  łatwością? Magda twierdzi, że na początku czuje strach. Ale może to jej napęd? Trema, która dopiero po paru dniach zdjęciowych zmienia się w  skupienie, w  pewność siebie, a  w  końcu w  radość z  dobrze wykonanego aktorskiego zadania.

Twój STYL: Zanim zaczęłam nagrywać, rozmawiałyśmy o  popularności seriali i  tym, jak dobre są niektóre z  nich. Wolisz grać w  filmach czy w  serialach?

Magdalena Różczka: Zawsze gram najlepiej, jak potrafię, nie biorę pod uwagę, czy to film, czy serial. Nawet gdy stoję tyłem do kamery, daję z  siebie sto procent. Ale… bardziej lubię seriale. Dłuższa forma pozwala oswoić się i  z  postacią, i  z  historią, a  przede wszystkim z  ekipą filmową. Gdy wchodzę na nowy plan, mam tremę, którą muszę przezwyciężyć. Pierwszy dzień zdjęć jest dla mnie najtrudniejszy. Dopiero później przestaję się bać, wstydzić.

Jesteś doświadczoną aktorką, przychodzisz do pracy niepewna siebie?

Po nocy nieprzespanej z  nerwów. Przed nowym projektem mam zawsze „czaszki w  oczach”. Skończyłam 47 lat i  tak samo przeżywam pierwszy dzień na planie, jak tuż po studiach. Gdy czekają mnie zdjęcia próbne, zapominam tekst, robię się zielonoblada i  tak dalej. Kiedyś Cezary Pazura powiedział mi: „Madziu, to nigdy nie przechodzi. Powiem ci nawet, że będzie gorzej”. Miał rację.

Zdarzyło ci się nie dostać roli przez to, że zawaliłaś casting?

Oczywiście. Moim zdaniem dobrze na castingach wypadłam może trzy razy w  życiu, gdy wmówiłam sobie, że mi nie zależy, albo myślałam, że rola jest nie dla mnie. Tak było w  przypadku Matek pingwinów. Byłam przekonana, że się nie nadaję, że najlepsza będzie osoba nieznana, „przezroczysta”, niebudząca skojarzeń. Poszłam na casting bez oczekiwań, poznałam swojego serialowego syna Michała, którego gra Maksymilian Młodawski, świetny dzieciak. Pogadałam z  jego rodzicami. I... dostałam rolę Tatiany.

Może masz wobec siebie zbyt wysokie wymagania?

Jestem tak skonstruowana i  myślę, że to się nie zmieni.

Słyszałam, że nie chciałaś zagrać w  pierwszym sezonie Rojsta, choć reżyser i  twój życiowy partner, Jan Holoubek, namawiał cię do tego.

Namawiał, ale za bardzo się stresowałam, naprawdę.

Jak powiedzieć dyplomatycznie partnerowi: nie chcę grać w  twoim serialu?

Szczerze, że nigdy nie pracowaliśmy ze sobą i  nie wiemy, jak będzie. A  nasza prywatna relacja jest zbyt ważna, by ryzykować. Janek był innego zdania, uważał, że świetnie się zrozumiemy. Stwierdził: „OK, zagrasz u  mnie w  czymś innym”. Ja na to, że może w  drugim Rojście. On, że nie wie, czy będzie. Powiedziałam: „Zrób pierwszy sezon tak świetnie, żeby zamówili kolejny”. I  to się wydarzyło. W  Rojście ’97 zagrałam. Rola sierżant Anny Jass była chyba pierwszą, którą dostałam wbrew warunkom.

I  wykreowałaś jedną z  bardziej charakterystycznych postaci w  serialu – introwertycznej, przenikliwej policjantki o  szorstkim charakterze, nieprzejmującej się wyglądem, lecz śledztwem. Zdjęć do trzeciego sezonu już się chyba nie obawiałaś?

Nie powinnam, prawda? A  dopadł mnie taki lęk, że robimy Rojst Millenium! Obejrzałam dla przypomnienia poprzedni sezon i  pomyślałam: „Boże, jakie to było fajne, już tak chyba nie umiem”. I  znowu nieprzespane noce... Na planie dopiero po drugiej, trzeciej scenie zaczęłam ufać, że może coś wydziergam. A  luz, dobra zabawa zaczęły się dużo później.

W  reżyserowanym przez Janka Heweliuszu, najgłośniejszym w  tym sezonie polskim serialu, o  katastrofie morskiej sprzed lat, też dostałaś rolę mimo obaw. Jak przygotowywałaś się do zagrania wdowy po kapitanie pechowego promu?

Przede wszystkim poznałam Jolantę Ułasiewicz. Wydaje mi się, że jesteśmy podobne, nie fizycznie, raczej chodzi o  sposób odczuwania, przeżywania. Spędziłyśmy ze sobą popołudnie i  Jolanta powiedziała, że się cieszy, że będę nią w  serialu. Kamień spadł mi z  serca. Pomyślałam: „OK, jeśli ona pozwala, gram!”. Starałam się zachować jej szczególną wrażliwość, którą dostrzegłam podczas spotkania. Od katastrofy minęło ponad 30 lat, ale widziałam, że w  Jolancie ta historia jest nadal żywa, rezonuje, drga. Przekazała ekipie filmowej prywatne, rodzinne nagrania wideo, które podsunęły pomysły do scenariusza i  pomogły Borysowi Szycowi grającemu Andrzeja Ułasiewicza. Jest w  serialu scena, w  której kapitan z  córką bawią się nową kamerą. Uczą się przybliżać, oddalać obraz. Coś podobnego znaleźliśmy na archiwalnych kasetach VHS Ułasiewiczów.

Wchodzenie i  wychodzenie z  roli kapitanowej kosztowało cię dużo?

Staram się traktować swój zawód jak... zwykłą pracę. Przez wiele lat byłam głównie mamą i  jak widziałam, że coś mnie za dużo kosztuje, wycofywałam się. W  teatrze gra się wieczorami, a  chciałam być z  dzieckiem w  domu, więc 17 lat temu zrezygnowałam ze sceny. Dzięki temu mogę ugotować rodzinie zupę i  normalnie funkcjonować. Wolę grać łatwiejsze role i  być dobrą mamą, partnerką, niż porywać się na nie wiem jakie wyzwania, które odcisnęłyby piętno na codziennym życiu. Po zejściu z  planu mam chwilkę na zmycie charakteryzacji, zmywam ją i  wszystko w  głowie kasuję.

Jeśli dobrze rozumiem, nie zanurzasz się w  rolę aż do zatracenia siebie, jak np. Jodie Foster czy Charlize Theron?

To mnie nigdy nie interesowało. Grając w  Heweliuszu, też starałam się pracować tak, by magia działa się od momentu „kamera, akcja!” do „stop!”.

Jak to jest być reżyserowaną przez życiowego partnera?

Kiedy pojawiliśmy się razem na planie Rojsta ’97, okazało się, że tworzymy świetny układ. Janek p

Pozostało 70% artykułu

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Twój Styl

PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH

  • Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
  • Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
  • Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
  • Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
  • Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki

4.9 zł miesięcznie

Kup teraz

Masz już wykupioną subskrypcję?

Zaloguj się