Nie przegapiłam DORASTANIA SYNA. Wywiad z Kamillą Baar
Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 6/2026
Odważna. Była u szczytu kariery, kiedy zdecydowała, że to macierzyństwo jest najważniejszą rolą jej życia. Dziś syn dorasta, a ona zatęskniła za sceną. Czy trudno jest powrócić, pytamy aktorkę Kamillę Baar.
PANI: Spotykamy się dzień po świętach wielkanocnych. Spędziłaś je w domu czy w podróży?
KAMILLA BAAR: Im jestem starsza, tym istotniejszy jest dla mnie czas spędzony z moimi bliskimi. Kocham podróże, jednak święta to doskonała okazja do spotkań z rodziną.
Urodziłaś się na Pomorzu, dzieciństwo spędziłaś w Poznaniu, dorastałaś w Tychach, a na studia wyjechałaś do Warszawy. I już w stolicy zostałaś. To tu jest twój dom?
Przeniosłam się do Warszawy w wieku 18 lat. Zapuściłam tu korzenie, ale nie myślę o domu w kontekście konkretnego miejsca. Zresztą kocham zmiany, przeprowadzki to mój żywioł. (śmiech) Więc dom to jestem ja. I moi ludzie. Kiedy myślę „dom”, to widzę tych, których kocham. A tymczasowe gniazda wiję w rożnych miejscach. Ważne jest dla mnie tylko to, żeby mieć obok kawałek natury. Widzieć drzewo z okna i usłyszeć śpiew ptaków, kiedy je otworzę.
Czyli nie przywiązujesz się do miejsc?
Ani do miejsc, ani do przedmiotów. Ale to jest efekt pracy, którą musiałam nad sobą wykonać. Funkcjonuję w zawodzie, który jest nieprzewidywalny, bo np. wyjeżdżam na miesiąc do innego miasta robić spektakl i do Warszawy wpadam tylko na weekendy. A że jestem tzw. osobą wysoko wrażliwą, to kiedyś bardzo przeżywałam każdą taką zmianę. Dlatego doszłam do wniosku, że nie chcę, żeby to miejsca mnie definiowały. Dzisiaj wchodzę do pokoju hotelowego, zapalam świeczkę z moim ulubionym zapachem, stawiam głośnik, przez który puszczam moją muzykę, rozkładam matę do jogi, przy łóżku kładę książkę i jestem już u siebie. Zaakceptowałam, że moje życie tak wygląda, i uczyniłam z tego przygodę. Ale nie jestem typem nomady. Nie pakuję całego dobytku i nie ruszam w świat. Lubię mieć gdzie wracać.
Kiedy jest się matką, trudniej wieść wędrowny tryb życia. Bo dzieci mają szkołę, znajomych, swoje pasje…
Wszystko jest możliwe, pod warunkiem, że zasady ustala się wspólnie z dzieckiem. Niedawno przyjaciel opowiadał mi o badaniach, z których wynika, że człowiek po winien się co dwa, trzy lata przeprowadzać, bo to „przetasowuje” neurony w mózgu. Uczenie się nowego otoczenia odświeża głowę i wzmacnia rezyliencję. Nie trzeba od razu zmieniać kontynentu czy kraju, czasem wystarczy przenieść się kilka przecznic dalej. Takie podejście jest mi bardzo bliskie. Teraz przeprowadzam się z synem w obrębie Warszawy, bo on, tak jak ja, polubił odkrywanie nowych nmiejsc. Kiedy obejrzeliśmy w kinie film Emi Buchwald „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, to urządziliśmy sobie quiz, gdzie dana scena została nakręcona. Uwielbiam stolicę i jej rytm, ale miejscem, do którego wracam, jest Warmia, gdzie mam swój kawałek ziemi. Te jeziora, lasy, ludzie… Tam się regeneruję. Jeśli miałabym powiedzieć, że gdzieś zapuściłam korzenie, to właśnie na Warmii.
Wróćmy na chwilę do przedmiotów. Jesteś minimalistką?
Jestem niezwykle czuła na bodźce i nadmiar mnie przytłacza. Dlatego im mam mniej, tym czuję się lepiej. Kocham modę, ale porozdawałam większość moich ubrań, butów czy torebek. Zostawiłam tylko te rzeczy, które naprawdę noszę. Stałam się mistrzynią redukowania i np. nigdy nie poleciałam w podroż na drugą półkulę z plecakiem, który ważyłby więcej niż 6 czy 7 kg. Nauczyłam się, że ubrania muszą być z jedwabiu lub bawełny, bo wtedy szybko schną na ciele, a leciutkie ortaliony dobrze chronią przed zimnem. Minimalizm jest uwalniający. Podobnie jest z przestrzenią. Nie jestem pedantką, ale nie umiem funkcjonować w chaosie. Dlatego kiedy wchodzę do pomieszczenia, w którym panuje nieład, robię porządek. (śmiech) Już nawet nie gromadzę książek, tylko wypożyczam z bibliotek, choć czytam nałogowo. Moja domowa biblioteczka to 20 ważnych dla mnie tytułów, tylko tyle. Wolność na rożnych płaszczyznach jest dla mnie niezwykle ważna.
Skoro tak łatwo pozbywasz się rzeczy, to nie jesteś sentymentalna?
Nie gromadzę pamiątek z przeszłości, wspomnienia przechowuję w głowie. Zresztą całe życie prowadzę dziennik i tam udokumentowane mam wszystko, co dla mnie ważne. Ale chyba jestem sentymentalna, bo dużo rozmyślam i zanurzam się we wspomnieniach. Trzymam też albumy ze starymi zdjęciami. Nigdy nie zapomnę np. brukowanej uliczki w Poznaniu za naszym blokiem, gdzie na kocich łbach uczyłam się jeździć na rowerze. Sama, wywracając się, podnosząc i znowu próbując pedałować, bo nie lubiłam, jak ktoś mi coś tłumaczył. Dlatego kiedy pięć lat temu występowałam na poznańskim Festiwalu Malta, to pojechałam sprawdzić, czy te kocie łby dalej tam są. Były. Uwieczniłam je na fotografii.
Wzięłaś wtedy udział w instalacji „Cienie. Eurydyka mówi”. Przez 24 godziny byłaś zamknięta w szklanej klatce stojącej na ul. Półwiejskiej, żeby zwrócić w ten sposób uwagę na zniewolenie kobiet. To była jedna z pierwszych rzeczy, którą zrobiłaś po kilkuletniej przerwie od zawodu. W 2017 r. odeszłaś z etatu w Teatrze Narodowym, zrezygnowałaś z roli w popularnym serialu, przestałaś pojawiać się w filmach. Dlaczego zaciągnęłaś hamulec i powiedziałaś: „Ja wysiadam”?
Zrozumiałam, że jeśli dalej będę gonić z planu na spektakl i z powrotem, to przegapię coś niezwykle ważnego – dorastanie mojego syna. Jego przemianę z dziecka w młodego mężczyznę. A chciałam mu w tym procesie towarzyszyć. W tamtym momencie, próbując pogodzić bycie matką z galopującą karierą, czułam się źle, bo żadnej z tych rzeczy nie byłam w stanie poświęcić wystarczającej uwagi. Musiałam poustawiać priorytety, a nie miałam wątpliwości, że najważniejsze jest dla mnie bycie mamą.
Wiele aktorek i aktorów po prostu zabiera ze sobą dzieci do pracy, nie rzuca od razu wszystkiego.
Nie chciałam, żeby mój syn dorastał za kulisami i spędzał czas ze mną wtedy, kiedy akurat będę miała chwilę przerwy. Wolałam, żeby żył swoim życiem, nie moim. Zapragnęłam być w domu, szykować obiady, wspólnie czytać i odrabiać lekcje, organizować nocowani, spotykać się z rodzicami jego kolegów. Tworzyć społeczność i być jej częścią. Budować głęboką więź...
Nie bałaś się, że nie będziesz miała do czego wracać?
Oczywiście. Tym bardziej że wszyscy odradzali mi ten krok. Ale to nie była spontaniczna decyzja, bardzo dobrze ją przemyślałam. I kiedy zapadła, nie dałam się od niej odwieść. Potrafię być asertywna. Starałam się nie martwić na zapas, tylko skupić na tu i teraz. Bardzo pomagały mi w tym praktyka jogi, medytacja i kontakt z naturą. Ten czas zatrzymania się był mi potrzebny, żeby zatęsknić za zawodem i zrozumieć, że to jest właśnie to, co chcę robić. Zobaczyć wyraźniej, kim tak naprawdę jestem, zauważyć swoje potrzeby. Czy stałam się dzięki temu mądrzejsza? Na pewno dojrzalsza. Pewnie to zabrzmi patetycznie, ale wtedy narodziłam się nowa ja. Poczułam wolność. I sprawczość. Nagle nic nie musiałam, a wszystko zależało już tylko ode mnie.
Czym się w tym czasie zajmowałaś?
Uczyłam się nowych rzeczy, np. poznawałam tajniki ogrodnictwa i kuchni wegetariańskiej, a zawodowo próbowałam sił na innych niż aktorstwo polach. Przez jakiś czas opiekowałam się końmi
Pozostało 70% artykułu
Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Pani
PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH
- Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
- Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
- Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
- Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
- Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki
4.9 zł miesięcznie
Kup teraz