Mam ryzykowny pomysł na życie. Wywiad z Ewą Pajor
Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 2/2026
Jej sukces? Suma precedensów. Nie spełniając limitu wieku, dostała się do Ekstraligi. Jako pierwsza napastniczka zdobyła nagrodę im. Gerda Müllera dla najlepszej strzelczyni. Ewa Pajor to numer jeden w kobiecej piłce nożnej. Osiągnięcie ma cenę rozstań i trudnych decyzji, lecz Ewa jest mistrzynią pozytywną: lubi smak wygranej, ale i trudną pracę u podstaw.
Zacznijmy od… siatkówki. W internecie furorę robią dziewczyny z tureckiej kadry. Mają świetny zwyczaj – gdy wysiadają z autokaru, każda podaje dłoń kolejnej, by koleżanka mogła wyjść bezpiecznie. Jest w tym wdzięk, ale też siła i solidarność. Futbolowe drużyny żeńskie zmierzają ku podobnej popularności, także dzięki Ewie. Niedawno instagramowa sonda wykazała, że w Barcelonie jest tak samo doceniana jak Robert Lewandowski. Błyszczy na boisku – szybka, celnie strzela i niesie ją frajda. Ale największe uznanie budzi tym, że łamie stereotypy. Pierwszy? Nie każdy sport jest dla kobiet.
Twój STYL: Aktorka Natalie Portman założyła klub piłkarski Angel City, gdzie grają eksgwiazdy amerykańskiej ligi, ale też celebrytki, które propagują hasło: boisko to najlepsze miejsce do walki o równouprawnienie. Pani się z tym zgadza?
Ewa Pajor: Moim zdaniem każdy sport to bardzo dobra przestrzeń do tego, aby pokazywać, że kobiety i mężczyźni mają takie same prawa, ale też wkładają taki sam wysiłek, dążąc do podobnych celów. W piłkę nożną gramy na boisku o takich samych wymiarach, w identycznym czasie. Myślę więc, że to może być w pewien sposób symboliczne.
Wyobrażam sobie początek pani drogi: lata dwutysięczne, mała wioska, piłkę kopią chłopcy. W relacjach z meczów powtarzają się nazwiska: Zidane i Ronaldinho, a w reklamach gra David Beckham. Nie ma mowy, żeby perfumy reklamowała piłkarka. Inna epoka?
Tak, zaczynałam grać na podwórku, nie chodziłam jeszcze do szkoły. W Pęgowie, wioseczce niedaleko Uniejowa, rodzice mają gospodarstwo. Jako dziecko pomagałam w polu i przy zwierzętach wspólnie z rodzeństwem. Mam trzy siostry i brata, jestem najmłodsza. Latem spieszyliśmy się z obowiązkami, żeby uciec do swoich spraw, całe dnie spędzaliśmy na dworze. Po pracy pływaliśmy, graliśmy w kosza, siatkówkę, zimą w hokeja na zamarzniętym stawie. Ale przede wszystkim w piłkę nożną. Bramkę zrobiliśmy u kolegi na ścianie stodoły, stoi do tej pory – rama z drewna wkopana w ziemię. Ten kolega, Patryk, jako jedyny miał piłkę, więc dyktował warunki. Grałam z siostrami, zwykle z rok starszą Pauliną. Brat jest z powołania rolnikiem, ale dołączał, gdy miał czas. Przyjeżdżał kuzyn, który trenował piłkę nożną, więc kręciłam się przy nim. Śmieje się, że byłam mniejsza od piłki, a chciałam z nim kopać. Potem poszłam do podstawówki w pobliskim Wieleninie. Dojeżdżałam autobusem, który zbierał dzieci po wioskach. Tam grałam z chłopakami, bo nie było drużyny dziewczęcej. Chłopcy nie protestowali, to zasługa Piotra Kozłowskiego, wuefisty i pierwszego trenera, który się mną opiekował. Człowiek o wielkim sercu, uważny i troskliwy. Gdyby nie on, pewnie nie grałabym w piłkę. Rodzice byli zajęci, mieli nas i pracę 24 godziny na dobę. Pan Piotr woził mnie na treningi, turnieje, wszystkim się zajął.
Wyczuł, że ma pani talent?
Myślę, że tak. Opowiada, jak raz na przerwie grałam ze starszymi chłopakami i dostałam mocno piłką w twarz. Podszedł do mnie: „Ewa, chyba więcej nie będziesz grała, co?”. A ja się otrząsnęłam i oświadczyłam: „Nie schodzę!”. Podobno w tamtym momencie uwierzył, że naprawdę chcę to robić, bez względu na cenę. Nie zwracałam uwagi na ból.
I uznał, że skoro ma taką zawodniczkę, trzeba stworzyć w szkolę drużynę żeńską. To było działanie awangardowe.
Dziewczyny, które lubiły piłkę, obserwowały mnie i przekonały się, że też mogłyby grać. Stworzyłyśmy drużynę Orlęta Wielenin. Z czasem rywalizowałyśmy z innymi dziewczynkami, bo zespołów przybywało. Jako dziesięciolatka wyjeżdżałam już na turnieje i obozy. Po podstawówce chciałam przenieść się do Konina, do szkoły mistrzostwa sportowego. Rodzice doszli do wniosku, że łatwiej będzie wypuścić nas z domu we dwie, z Pauliną. Siostra grała dobrze, nie była tylko osobą towarzyszącą. Do Konina odwoziła nas mama, płakałyśmy całą drogę, już w bursie zapytała: „Chcecie tu być czy nie? Bo wygląda, że jednak nie”. A my przez łzy chlipnęłyśmy: „Chcemy zostać”. Rozłąka z rodziną, życiem, które wiodłyśmy na wsi, była trudna. Czułyśmy jednak, że ten krok jest potrzebny, żeby się rozwijać. W Koninie spędziłyśmy sześć lat. Tam poznałam drugą po panu Kozłowskim kluczową osobę na mojej drodze – Ninę Patalon.
Mówi pani o niej: opiekunka.
Miała 22 lata i przyjęła pod swoje skrzydła mnie, siostrę i właściwie całą drużynę. Była wychowawczynią w szkole i na boisku. To niełatwe opiekować się dziewczynami, które z jednej strony są w trudnym wieku, z drugiej tęsknią za domem i potrzebują mamy. A ona prócz tego sama grała, w najwyższej klasie. Teraz jest moją trenerką w reprezentacji Polski. Często rozmawiamy, jak to możliwe, że udawało jej się rozwijać nasz talent piłkarski i jednocześnie panować nad nami poza boiskiem. Nina jest nieprzeciętna. Jako pierwsza kobieta w Polsce zdobyła profesjonalną licencję UEFA i została trener
Pozostało 70% artykułu
Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Twój Styl
PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH
- Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
- Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
- Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
- Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
- Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki
4.9 zł miesięcznie
Kup teraz