Mam apetyt na więcej. Wywiad z Danutą Stenką

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 4/2025
Mówi, że czas jest jej sprzymierzeńcem. Już nie pędzi przed siebie, nie zatraca się w pracy. Danuta Stenka zwolniła, wewnętrzne ciśnienie odpuściło, a ona rozsmakowała się w życiu.
PANI: Zawsze powtarzała pani, że nie ma zawodowych marzeń. Poza jednym: zrobić cały spektakl lub film po kaszubsku. Udało się. Niedawno na deskach Teatru Wielkiego – Opery Narodowej premierę miało przedstawienie „Wòlô Bòskô”, o którym krytycy piszą, że to kaszubska wersja „Romea i Julii”.
DANUTA STENKA: Nie przypuszczałam, że to marzenie kiedykolwiek się spełni. Dlatego propozycja, która przyszła z Teatru Wielkiego była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. „Wòlô Bòskô” nie jest tradycyjną sztuką teatralną. To zbiór kaszubskich pieśni ludowych, do których została napisana zupełnie nowa muzyka. Muzyka poważna. Na scenie jesteśmy we czwórkę: śpiewak, para młodych tancerzy i ja, aktorka.
Praca nad tym przedsięwzięciem wyglądała inaczej niż to, co znała pani do tej pory?
Zdecydowanie, bo to nie jest tekst rozpisany na postaci w konkretnych sytuacjach, między którymi nawiązuje się jakaś interakcja. To są pieśni, wiersze, fragmenty prozy i na tej bazie tworzymy opowieść. Lata temu poproszono mnie o przeczytanie, w ramach poznańskiego cyklu Verba Sacra, fragmentów Pisma Świętego świeżo przetłumaczonych na język kaszubski. Kiedy wzięłam tekst do ręki, jak grom z jasnego nieba spadła na mnie świadomość: „Boże, przecież ja nic z tego nie rozumiem!”. Szczęśliwie potem przez niemal 20 lat jeździłam co roku do Wejherowa przedstawiać kolejne części. I w ten sposób, siłą rzeczy, nauczyłam się czytać.
Czytanie nie szło w parze z mówieniem?
W czasach mojego dzieciństwa na wsi rozmawiało się po kaszubsku, ale nie uczono ani czytać, ani pisać. Moi rodzice opowiadali, że po wojnie przysyłano na Kaszuby nauczycieli z innych regionów Polski, którzy mieli za zadanie wyplenić tę mowę jak chwast. Jeszcze wtedy, kiedy moja mama sama już pracowała jako nauczycielka.
W pani domu używało się języka kaszubskiego na co dzień?
Tak, ale do mnie wszyscy mówili po polsku. I w domu, i na podwórku. Nawet dziadkowie, którzy z moim bratem rozmawiali po kaszubsku, przy mnie silili się na łamaną polszczyznę. Nie wiem dlaczego… Ale język kaszubski był wszechobecny. Słyszałam go i w sklepie, i na drodze, i podczas przerw między lekcjami. Nasiąkałam nim, ale go nie używałam. Aż do momentu, kiedy w siódmej klasie na wychowaniu obywatelskim nauczyciel wpadł na pomysł, żebyśmy opowiedzieli legendę naszego Gowidlina po kaszubsku. Ku uciesze całej klasy do tablicy wywołał moją koleżankę Mirkę i mnie. Jedyne dwie uczennice, które na co dzień nie posługiwały się tym językiem. Skończyło się to kompletną kompromitacją. Wtedy zdecydowałam, że na przekór wszystkim zacznę wreszcie mówić po kaszubsku i umówiłam się z babcią na tajne konwersacje. Na początku bawiła ją moja wymowa: „Dzeckò, jak të smiészno gôdôsz!”. I choć po podstawówce wyjechałam do liceum z internatem w Kartuzach, potem do Gdańska i w świat, coraz dalej od moich lekcji, to kiedy wracałam do Gowidlina, z babcią rozmawiałam wyłącznie po kaszubsku. A potem z moją przyjaciółką Grażyną, z kolegami spotkanymi na ulicy, ekspedientkami w sklepie. I tak powoli wykluwał się mój kaszubski.
Od ponad 30 lat mieszka pani w Warszawie. Jest już pani „stąd” czy wciąż „stamtąd”?
Jestem Kaszubką. Podczas pracy nad spektaklem, wspominając z Damianem Wilmą, scenarzystą i głównym bohaterem „Wòlē Bòsczi”, nasze kaszubskie dzieciństwo, oboje zauważyliśmy, że kiedy wyruszyliśmy z naszych wiosek w świat, nasze pochodzenie było nam kulą u nogi. Chodziło nawet nie tyle o Kaszuby, ile o wieś, która, jak wówczas uważaliśmy, ograbiła nas, pozbawiła dostępu do wielu doświadczeń, jakie były udziałem koleżanek i kolegów z miasta. Wstydziłam się swoich braków i czułam się jak towar gorszej jakości, uboga krewna. Ale szczęśliwie, w pewnym momencie – i myślę, że przyczynił się do tego również mój zawód – uświadomiłam sobie, że wyrastam z wyjątkowego miejsca, że jakkolwiek będę się wiła po świecie, moje korzenie tkwią tam, na Kaszubach, w moim Gowidlinie i stamtąd czerpię wodę do życia. Jeśli spróbuję się odciąć od tych korzeni, to po prostu uschnę.
Jak wielka jest potrzeba poznania korzeni, pokazuje fenomen książki „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak. Czytając ją, kobiety próbują zrozumieć, co takiego działo się w ich rodzinach, jakie przekazy w nich dominowały i jaki to ma wpływ na ich własne przekonania. Pani zna historie swoich babek i prababek?
Babci ze strony mamy nigdy nie poznałam, zmarła kiedy mama miała 18 lat. Na co dzień mieszkaliśmy z rodzicami mojego taty. Wybyłam z domu jako bardzo młoda dziewczyna i wtedy mnie to nie interesowało. A kiedy obudziła się moja ciekawość, gdy wróciłam z głową pełną pytań, mojej babci już na świecie nie było. Nie zdążyłam ich zadać, kiedy był na to czas... Oczywiście jako dziecko słuchałam jej opowieści, więc znam różne historie, ale tylko powierzchownie. Teraz chciałabym pogrzebać głębiej, dowiedzieć się o wiele więcej, ale już nie ma od kogo. Zabrakło nie tylko babci, ale i dziadka, pradziadka, mojego taty. Jest mama, która niedawno skończyła 90 lat. Dlatego kiedy przyjeżdżam do Gowidlina, potrafimy przegadać całe dnie. Siadamy rano przy stole i zmieniają się tylko nakrycia: śniadanie, obiad, kolacja, po drodze jakiś deser, kawa, herbata. Mam ogromną potrzebę słuchania i nawet kiedy mama opowiada kolejny raz tę samą historię, mnie to wcale nie nudzi. Bo czasem pojawi się jakiś szczegół, jakiś drobiazg, którego nie znałam, a on uchyla furtkę do nowego spojrzenia na tę historię albo i do nowej opowieści.
Ma pani swoją ulubioną?
Nie mam jednej, jest ich wiele. Lubię słuchać na przykład, jak walczyła o swoje marzenia. Chciała zostać nauczycielką. Wtedy dziewczynek na wsi po skończeniu podstawówki nie posyłało się do szkół, ale ona wiedziała od dziecka, że będzie „szkólną”. Jej podstawówka była sześcioklasowa, a do egzaminu do liceum można było przystąpić po skończeniu klasy siódmej. Zaczęło się więc od batalii kilkorga dzieci marzących o dalszej nauce, żeby w ich szkole utworzono siódmą klasę. Mieli wspaniałą nauczycielkę, która dla tej czwórki czy piątki „wychodziła” tę możliwość w urzędach. Dziadkowie brali pod uwagę marzenie mojej mamy, mimo że musiałaby zamieszkać w internacie, co generowałoby dodatkowe koszty, ale nagle babcia zachorowała na raka i wszystkie pieniądze dziadek przeznaczał na jej leczenie. A sytuacja rolników, którzy mieli dużo ziemi, była w czasach powojennych trudna. Uważano ich za kułaków i piętnowano, nakładano na nich podatki ponad miarę. Dla dziadka oczywiste było, że synowie muszą pobierać nauki, żeby zdobyć zawód, natomiast córki, jak to dziewczęta na wsi, uczyły się od dziecka, jak prowadzić dom, pomagać w gospodarstwie i w końcu wychodziły za mąż. Mama bardzo chciała się uczyć, a że wykazywała się talentem i pracowitością, wstawiali się za nią u dziadka i nauczycielka, i ksiądz. Niewiele to dało, po prostu nie było pieniędzy. Aż któregoś dnia jakiś przejezdny gość wytłumaczył dziadkowi, że tak naprawdę jest to kwestia opłacenia pierwszego semestru, bo jeśli Agatka będzie miała dobre wyniki w nauce, dostanie stypendium. Mama wybłagała, żeby pozwolił jej pojechać na egzamin wstępny - jeśli go nie zda, temat sam się zamknie. Zdała egzamin, uczyła się świetnie, dostała stypendium i została nauczycielką.
Autorka „Chłopek” pisze, że na wsiach wychowanie córek polegało na formatowaniu ich do pokory. Kiedy pani dorastała, też jeszcze tak było?
I do skromności. Skromność i pokora to słowa, które często słyszałam. Mój starszy brat również, ale myślę, że były kierowane głównie do mnie. Pokora nadużywana bywa bolesna w skutkach, ale to ona nie pozwoliła mi odlecieć, utracić kontaktu z rzeczywistością, co w moim zawodzie, przy sprzyjających warunkach, nie jest trudne. Wciąż jednak uczę się nie mylić pokory z brakiem asertywności.
Kuciel-Frydryszak twierdzi też, że chłopka wciąż w nas siedzi w przymusie dawania sobie ze wszystkim rady i przedkładaniu cudzych potrzeb nad własne.
Tak funkcjonowała moja mama. Na dzień przed moim przyjściem na świat wybuchł we wsi wielki pożar, który strawił m.in. dom dziadków i pradziadka. Zamieszkali więc z nami - ich czworo, z młodszym bratem mojego taty, i my: rodzice, mój dwuletni brat i ja, świeżo urodzone niemowlę - w pokoju z kuchnią i małym pokoiku na strychu. Mama zdecydowała wtedy, że trzeba postawić dom dla obu rodzin. W trakcie budowy tato złamał kręgosłup i wszystko wskazywało na to, że czeka go wózek do końca życia. Szczęśliwie tak się nie stało, ale już nie wrócił do pracy, dostawał tylko niewielką rentę. A mamie przybyło kolejne „dziecko”, które uczyła chodzić, którym musiała się opiekować. Na jej barki spadło i utrzymanie rodziny, i budowa domu z jej kosztami, pracą i problemami. Miała wtedy 27 lat. To jedna z wielu jej życiowych „przygód”.
Też czasem bierze pani na siebie zbyt wiele?
Ja złapałam pana Boga za nogi, bo mąż zdejmuje ze mnie wiele obowiązków. Poza tym kiedy urodziły się dzi
Pozostało 70% artykułu
Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Pani
PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH
- Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
- Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
- Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
- Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
- Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki
4.9 zł miesięcznie
Kup teraz