Mam apetyt na więcej. Wywiad z Danutą Stenką

Rozmawiała: Iga Nyc, fotografował: Filip Zwierzchowski

Data publikacji: 14.03.2025

Mam apetyt na więcej. Wywiad z Danutą Stenką

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 4/2025

Mówi, że czas jest jej sprzymierzeńcem. Już nie pędzi przed siebie, nie zatraca się w pracy. Danuta Stenka zwolniła, wewnętrzne ciśnienie odpuściło, a ona rozsmakowała się w życiu.

PANI: Zawsze powtarzała pani, że nie ma zawodowych marzeń. Poza jednym: zrobić cały spektakl lub film po kaszub­sku. Udało się. Niedawno na deskach Teatru Wielkiego – Opery Narodowej premierę miało przedstawienie „Wòlô Bòskô”, o którym krytycy piszą, że to kaszubska wersja „Romea i Julii”.

DANUTA STENKA: Nie przypuszczałam, że to marzenie kiedykolwiek się spełni. Dlate­go propozycja, która przyszła z Teatru Wiel­kiego była dla mnie ogromnym zaskocze­niem. „Wòlô Bòskô” nie jest tradycyjną sztuką teatralną. To zbiór kaszubskich pieś­ni ludowych, do których została napisana zupełnie nowa muzyka. Muzyka poważna. Na scenie jesteśmy we czwórkę: śpiewak, para młodych tancerzy i ja, aktorka.

Praca nad tym przedsięwzięciem wyglądała inaczej niż to, co znała pani do tej pory?

Zdecydowanie, bo to nie jest tekst rozpisany na postaci w konkretnych sytuacjach, mię­dzy którymi nawiązuje się jakaś interakcja. To są pieśni, wiersze, fragmenty prozy i na tej bazie tworzymy opowieść. Lata temu poproszono mnie o przeczytanie, w ramach poznańskiego cyklu Verba Sacra, fragmen­tów Pisma Świętego świeżo przetłumaczo­nych na język kaszubski. Kiedy wzięłam tekst do ręki, jak grom z jasnego nieba spadła na mnie świadomość: „Boże, prze­cież ja nic z tego nie rozumiem!”. Szczęśli­wie potem przez niemal 20 lat jeździłam co roku do Wejherowa przedstawiać kolejne części. I w ten sposób, siłą rzeczy, nauczy­łam się czytać.

Czytanie nie szło w parze z mówieniem?

W czasach mojego dzieciństwa na wsi roz­mawiało się po kaszubsku, ale nie uczono ani czytać, ani pisać. Moi rodzice opowiada­li, że po wojnie przysyłano na Kaszuby na­uczycieli z innych regionów Polski, którzy mieli za zadanie wyplenić tę mowę jak chwast. Jeszcze wtedy, kiedy moja mama sama już pracowała jako nauczycielka.

W pani domu używało się języka kaszubskiego na co dzień?

Tak, ale do mnie wszyscy mówili po polsku. I w domu, i na podwórku. Nawet dziadko­wie, którzy z moim bratem rozmawiali po kaszubsku, przy mnie silili się na łamaną polszczyznę. Nie wiem dlaczego… Ale język kaszubski był wszechobecny. Słyszałam go i w sklepie, i na drodze, i podczas przerw między lekcjami. Nasiąkałam nim, ale go nie używałam. Aż do momentu, kiedy w siód­mej klasie na wychowaniu obywatelskim nauczyciel wpadł na pomysł, żebyśmy opowiedzieli legendę naszego Gowidlina po ka­szubsku. Ku uciesze całej klasy do tablicy wywołał moją koleżankę Mirkę i mnie. Je­dyne dwie uczennice, które na co dzień nie posługiwały się tym językiem. Skończyło się to kompletną kompromitacją. Wtedy zde­cydowałam, że na przekór wszystkim za­cznę wreszcie mówić po kaszubsku i ­umó­wiłam się z babcią na tajne konwersacje. Na początku bawiła ją moja wymowa: „Dzeckò, jak të smiészno gôdôsz!”. I choć po podsta­wówce wyjechałam do liceum z internatem w Kartuzach, potem do Gdańska i w świat, coraz dalej od moich lekcji, to kiedy wraca­łam do Gowidlina, z babcią rozmawiałam wyłącznie po kaszubsku. A potem z moją przyjaciółką Grażyną, z kolegami spotkany­mi na ulicy, ekspedientkami w sklepie. I tak powoli wykluwał się mój kaszubski.

Od ponad 30 lat mieszka pani w Warszawie. Jest już pani „stąd” czy wciąż „stamtąd”?

Jestem Kaszubką. Podczas pracy nad spek­taklem, wspominając z Damianem Wilmą, scenarzystą i głównym bohaterem „Wòlē Bòsczi”, nasze kaszubskie dzieciństwo, oboje zauważyliśmy, że kiedy wyruszyliśmy z naszych wiosek w świat, nasze pochodze­nie było nam kulą u nogi. Chodziło nawet nie tyle o Kaszuby, ile o wieś, która, jak wówczas uważaliśmy, ograbiła nas, pozba­wiła dostępu do wielu doświadczeń, jakie były udziałem koleżanek i kolegów z miasta. Wstydziłam się swoich braków i czułam się jak towar gorszej jakości, uboga krewna. Ale szczęśliwie, w pewnym momencie – i my­ślę, że przyczynił się do tego również mój zawód – uświadomiłam sobie, że wyrastam z wyjątkowego miejsca, że jakkolwiek będę się wiła po świecie, moje korzenie tkwią tam, na Kaszubach, w moim Gowidlinie i stamtąd czerpię wodę do życia. Jeśli spró­buję się odciąć od tych korzeni, to po prostu uschnę.

Jak wielka jest potrzeba poznania korzeni, pokazuje fenomen książki „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak. Czytając ją, kobiety próbują zrozumieć, co takiego działo się w ich rodzinach, jakie przekazy w nich dominowały i jaki to ma wpływ na ich własne przekonania. Pani zna historie swoich babek i prababek?

Babci ze strony mamy nigdy nie poznałam, zmarła kiedy mama miała 18 lat. Na co dzień mieszkaliśmy z rodzicami mojego taty. Wy­byłam z domu jako bardzo młoda dziewczy­na i wtedy mnie to nie interesowało. A kiedy obudziła się moja ciekawość, gdy wróciłam z głową pełną pytań, mojej babci już na świecie nie było. Nie zdążyłam ich zadać, kiedy był na to czas... Oczywiście jako dzie­cko słuchałam jej opowieści, więc znam różne historie, ale tylko powierzchownie. Teraz chciałabym pogrzebać głębiej, dowie­dzieć się o wiele więcej, ale już nie ma od kogo. Zabrakło nie tylko babci, ale i dziadka, pradziadka, mojego taty. Jest mama, która niedawno skończyła 90 lat. Dlatego kiedy przyjeżdżam do Gowidlina, potrafimy prze­gadać całe dnie. Siadamy rano przy stole i zmieniają się tylko nakrycia: śniadanie, obiad, kolacja, po drodze jakiś deser, kawa, herbata. Mam ogromną potrzebę słuchania i nawet kiedy mama opowiada kolejny raz tę samą historię, mnie to wcale nie nudzi. Bo czasem pojawi się jakiś szczegół, jakiś drobiazg, którego nie znałam, a on uchyla furtkę do nowego spojrzenia na tę historię albo i do nowej opowieści.

Ma pani swoją ulubioną?

Nie mam jednej, jest ich wiele. Lubię słu­chać na przykład, jak walczyła o swoje ma­rzenia. Chciała zostać nauczycielką. Wtedy dziewczynek na wsi po skończeniu podsta­wówki nie posyłało się do szkół, ale ona wiedziała od dziecka, że będzie „szkólną”. Jej podstawówka była sześcioklasowa, a do egzaminu do liceum można było przystąpić po skończeniu klasy siódmej. Zaczęło się więc od batalii kilkorga dzieci marzących o dalszej nauce, żeby w ich szkole utworzono siódmą klasę. Mieli wspaniałą nauczy­cielkę, która dla tej czwórki czy piątki „wychodziła” tę możliwość w urzędach. Dziadkowie brali pod uwagę marzenie mojej mamy, mimo że musiałaby zamieszkać w internacie, co generowałoby dodatkowe koszty, ale nagle babcia zachorowała na ra­ka i wszystkie pieniądze dziadek przezna­czał na jej leczenie. A sytuacja rolników, którzy mieli dużo ziemi, była w czasach po­wojennych trudna. Uważano ich za kułaków i piętnowano, nakładano na nich podatki ponad miarę. Dla dziadka oczywiste było, że synowie muszą pobierać nauki, żeby zdobyć zawód, natomiast córki, jak to dziewczęta na wsi, uczyły się od dziecka, jak prowadzić dom, pomagać w gospodarstwie i w końcu wychodziły za mąż. Mama bardzo chciała się uczyć, a że wykazywała się talentem i pra­cowitością, wstawiali się za nią u dziadka i nauczycielka, i ksiądz. Niewiele to dało, po prostu nie było pieniędzy. Aż któregoś dnia jakiś przejezdny gość wytłumaczył dziadko­wi, że tak naprawdę jest to kwestia opłace­nia pierwszego semestru, bo jeśli Agatka bę­dzie miała dobre wyniki w nauce, dostanie stypendium. Mama wybłagała, żeby pozwo­lił jej pojechać na egzamin wstępny - jeśli go nie zda, temat sam się zamknie. Zdała egza­min, uczyła się świetnie, dostała stypen­dium i została nauczycielką.

Autorka „Chłopek” pisze, że na wsiach wychowanie córek polegało na formatowaniu ich do pokory. Kiedy pani dorastała, też jeszcze tak było?

I do skromności. Skromność i pokora to sło­wa, które często słyszałam. Mój starszy brat również, ale myślę, że były kierowane głównie do mnie. Pokora nadużywana bywa bolesna w skutkach, ale to ona nie pozwoli­ła mi odlecieć, utracić kontaktu z rzeczywi­stością, co w moim zawodzie, przy sprzyja­jących warunkach, nie jest trudne. Wciąż jednak uczę się nie mylić pokory z brakiem asertywności.

Kuciel-Frydryszak twierdzi też, że chłopka wciąż w nas siedzi w przymusie dawania sobie ze wszystkim rady i przedkładaniu cudzych potrzeb nad własne.

Tak funkcjonowała moja mama. Na dzień przed moim przyjściem na świat wybuchł we wsi wielki pożar, który strawił m.in. dom dziadków i pradziadka. Zamieszkali więc z nami - ich czworo, z młodszym bra­tem mojego taty, i my: rodzice, mój dwu­letni brat i ja, świeżo urodzone niemowlę - w pokoju z kuchnią i małym pokoiku na strychu. Mama zdecydowała wtedy, że trzeba postawić dom dla obu rodzin. W trakcie budowy tato złamał kręgosłup i wszystko wskazywało na to, że czeka go wózek do końca życia. Szczęśliwie tak się nie stało, ale już nie wrócił do pracy, dosta­wał tylko niewielką rentę. A mamie przy­było kolejne „dziecko”, które uczyła cho­dzić, którym musiała się opiekować. Na jej barki spadło i utrzymanie rodziny, i budo­wa domu z jej kosztami, pracą i problema­mi. Miała wtedy 27 lat. To jedna z wielu jej życiowych „przygód”.

Też czasem bierze pani na siebie zbyt wiele?

Ja złapałam pana Boga za nogi, bo mąż zdej­muje ze mnie wiele obowiązków. Poza tym kiedy urodziły się dzi

Pozostało 70% artykułu

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Pani

PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH

  • Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
  • Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
  • Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
  • Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
  • Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki

4.9 zł miesięcznie

Kup teraz
Pani

Masz już wykupioną subskrypcję?

Zaloguj się