Kobieta z Marsa. Wywiad z Martyną Wojciechowską

Rozmawiała: Beata Nowicka, Fotografował: Filip Zwierzchowski

Data publikacji: 21.09.2021

Kobieta z Marsa. Wywiad z Martyną Wojciechowską

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 10/2021.

Zamyka pewien rozdział w życiu osobistym i wspina się na kolejny szczyt. „Wiele razy byłam na kolanach i zawsze się podnosiłam”, mówi. Jak przypomina, jej imię wywodzi się przecież od Marsa, boga wojny.

PANI: Zaliczyłaś rajdy Dakar i Transsyberia, zdobyłaś Koronę Ziemi, na Elbrus wdrapałaś się będąc w ciąży, dotarłaś do tylu niebezpiecznych zakątków świata, złamałaś kręgosłup… Czasami zastanawiam się, czy jesteś prawdziwa?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: (śmiech) Dobrze brzmi! Chętniej opowiadamy o tym, co nam w życiu wyszło, niż o potknięciach i upadkach. Poza tym tylko część mojego życia jest wystawiona na widok publiczny. Jako jedna z pierwszych osób z szeroko rozumianego show-biznesu zaczęłam uczciwie mówić o tym, że jestem tylko człowiekiem. Doświadczam bólu, smutku i porażek, jak każdy. A jednocześnie uważam się za niezwykle silną osobę. Trudne przeżycia, począwszy od śmierci najbliższych przez choroby i wypadki, nauczyły mnie pokory. I wzmocniły. Wiele razy byłam na kolanach i zawsze się podnosiłam.

Podobno, żeby wykazać się odwagą, trzeba się najpierw bać.

Głęboko w to wierzę. Skąd byśmy wiedzieli, że jesteśmy ludźmi odważnymi, gdybyśmy się nie bali? Osoby, które się nie boją, są po prostu pozbawione instynktu samozachowawczego. Strach jest naturalną częścią naszego życia. Mierzenie się z nim, nieustanne przesuwanie granic własnych możliwości jest fascynujące. Trzeba tylko podkreślić, że strach i lęk to dwie różne rzeczy. Strach ma namacalne, konkretne źródło. Lęk jest naszym wyobrażeniem, że coś może się wydarzyć, choć wcale nie musi. To on najczęściej nas paraliżuje. Strach w obliczu realnego zagrożenia na wielu ludzi działa motywująco. Jestem tego najlepszym przykładem. Nigdy nie myślę bardziej klarownie, rzeczowo i szybciej niż w obliczu zagrożenia właśnie, w sytuacjach granicznych. Lęk, że się nie uda, że nie dam rady, że się nie nadaję, że się ośmieszę, to największa zmora ludzkości. Niczego nie boimy się bardziej niż ludzkich ocen, tego, jak nas widzą inni. Dlatego tak ważne jest, żeby się wspierać, a nie oceniać. Gdybyśmy tylko potrafili to zrozumieć, dać sobie i innym więcej życzliwości, wyrozumiałości i tolerancji – świat byłby lepszym miejscem do życia.

Kiedy zaczynałaś dorosłe życie, co cię bardziej zjadało: lęk czy strach?

Lęk potrafił podciąć mi skrzydła. Kiedy patrzę na moje zdjęcia z tamtych lat, widzę zbuntowaną dziewczynę, pełną niezgody na to, w jaki sposób jest postrzegana i co – zdaniem innych – powinna, a czego nie powinna, co jej wolno, czego nie. Maturę pisałam w 1992 roku, to był początek wielkich przemian w naszym kraju, czas niezwykle ciekawy, ale też związany z presją. Wymyślaliśmy rzeczy, które już dawno zostały wymyślone w innych częściach świata, i wydawało nam się, że odkrywamy Amerykę. I jestem dumna, że w tym uczestniczyłam. W wieku 21 lat trafiłam do mediów, o których nigdy nie marzyłam. Ale kiedy zaproponowano mi program w telewizji kablowej, nie pomyślałam: „Przecież ja się do tego nie nadaję”, tylko…

…„OK, chcę spróbować”. Ja również pamiętam tamte czasy.

No właśnie. Do dziś tak mam, że czasami coś robię, zanim się zastanowię, co sprawia, że lęk nawet nie zdąży się pojawić. Mam pomysł i w momencie, kiedy mówię o nim głośno, nabiera mocy. Bardzo szybko przechodzę do realizacji, a dopiero potem myślę, co dalej. Najczęściej opieram się na intuicji, na tym, co czuję w trzewiach. Gdyby nie to, nie pracowałabym w telewizji, nie byłoby programu „Automaniak”, „Misja Martyna”, co najmniej połowy odcinków programu „Kobieta na krańcu świata”, nie przejechałabym rajdu Dakar, nie wspięłabym się na Mount Everest… Nie wydarzyłyby się te niezwykłe rzeczy, które się wydarzyły. Przyznam ci się, że gdybym wtedy miała tę wiedzę i doświadczenie co dzisiaj, to nie jestem pewna, czy wszystko bym powtórzyła. Dlaczego? Bo co najmniej połowa tych rzeczy nie miała prawa się udać. Młodość z jej odwagą, dezynwolturą i – czasami – kompletnym brakiem wyobraźni jest naszym sprzymierzeńcem. Bo nie widzimy ograniczeń.

Naszym pierwszym punktem odniesienia jest dom: mama, tato. Budujemy się, patrząc na ich wybory, dylematy, kompromisy. Tworzymy indywidualne listy tego, co zapakujemy do walizki, a co na pewno zostawimy za sobą.

Niekoniecznie dostajemy w domu dobre wzorce. Ludzie są tylko ludźmi, nasi rodzice również. Mają swoje ograniczenia, lęki, swoje demony. Ale jeśli dowiadujemy się, co nam przeszkadza, to też jest dobra siła napędowa. Ja chciałam być kobietą niezależną, która ma możliwość decydowania o sobie w każdym momencie życia. Moja mama poświęciła swoje życie tacie i wychowaniu dzieci. Nie oceniam tego. Ani nie sugeruję, że istnieją rozwiązania lepsze i gorsze. Często powtarzam, że dla mnie prawdziwy feminizm polega na wyborze. Jeśli kobieta świadomie podejmuje decyzję, że rezygnuje ze swojego życia zawodowego, ze swoich pasji na rzecz rodziny, to ma prawo i nikomu nic do tego. Ważne, czy robi to, bo tak chce, czy czuje presję męża, otoczenia, uważa, że „tak trzeba”. Jestem ostatnią osobą, która powie komuś, jak ma żyć. Natomiast ja wiedziałam, że to nie jest moja droga, że chcę żyć inaczej.

Jaki był twój dom?

Wychowałam się w dość specyficznym domu, zawsze pełnym ludzi i wielu bodźców, pewnie dlatego w moim lubię ciszę i spokój. (śmiech) Co innego robiłam z mamą, co innego z tatą. Żyłam trochę w dwóch równoległych światach i przeskakiwałam z jednego w drugi. To mnie też ukształtowało jako osobę, która lubi i potrafi być sama. Nie nudzę się ze sobą.

Co dostałaś cennego?

Coś, czego często inni nie mieli – rozmowy. W naszym domu nie było tematów tabu. Mogłam z mamą porozmawiać o alkoholu, seksie, narkotykach, pasjach. Chciałam grać na gitarze, to ją dostałam. Z moim zespołem wystąpiłam nawet na festiwalu piosenki młodzieżowej i zajęłam pierwsze miejsce, a potem nagle to rzuciłam. Sprzedałam gitarę i… kupiłam motocykl. Z dnia na dzień. Takich zmian w moim życiu było wiele. Próbowałam różnych rzeczy, sportów, starałam się zaadaptować w różnych towarzystwach i miałam na to pełną zgodę. Kiedy uwikłałam się w fatalny związek, który miał dla mnie bolesne konsekwencje, płakałam i mówiłam: „Mamo, jak mogłam to zrobić?! Dlaczego ja się w coś takiego wpakowałam?!”. A mama na to: „Przez resztę życia zadawałabyś sobie pytanie, co by było, gdyby… Teraz już wiesz i więcej tego nie powtórzysz. Przestań to sobie wyrzucać. Trzeba posprzątać i iść dalej…”. Ani słowa oceny, czyste wsparcie. 

Zazdroszczę. Jaką jesteś mamą dla Marysi? Zaborczą, tolerancyjną…?

Moja córka uważa, że nado

Pozostało 70% artykułu

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Pani

PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH

  • Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
  • Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
  • Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
  • Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
  • Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki

5.39 zł miesięcznie

Kup teraz
Pani

Masz już wykupioną subskrypcję?

Zaloguj się