Grzeczna już byłam. Wywiad z Marią Dębską
Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 7/2026
Kiedyś często rezygnowała z siebie. Na rzecz innych ludzi czy pracy. Zbyt długo robiła dobrą minę do złej gry. Ale Maria Dębska już wie, że ona sama też jest ważna. I stara się myśleć o sobie z coraz większą czułością.
PANI: Za kilka dni kończysz 35 lat. Kiedy przestałaś myśleć o sobie „dziewczyna”, a zaczęłaś „kobieta”?
MARIA DĘBSKA: Kiedyś wydawało mi się, że trzydziestoparolatkowie to poważni ludzie, którzy mają wszystko w życiu poukładane. A ja wciąż wielu spraw nie kontroluję, tylu rzeczy nie wiem, bywam zagubiona... Dlatego choć czuję się kobietą, wciąż myślę o sobie „dziewczyna”. Ale to jest myślenie przepełnione czułością. Daję sobie przestrzeń na robienie głupstw, podejmowanie ryzyka, na słabość, pomyłki. Przed trzydziestką tego nie umiałam. Wtedy nie wybaczałam sobie błędów. Dopiero niedawno spuściłam z tonu i wyluzowałam. A może to jest właśnie pierwsza oznaka dojrzałości?
Czyli upływ czasu ci służy?
Czuję, że 35 lat to już nie tak mało i za każdym razem proszę fryzjera, żeby wyrwał mi trzy siwe włosy, które uporczywie odrastają, ale nie cofnęłabym się nawet o rok. Dopiero teraz jest mi dobrze samej ze sobą.
Mamy tendencję do romantyzowania młodości, ale ona bywa trudna.
Dla mnie to był ciężki czas. Byłam wobec siebie bardzo surowa. Bezlitośnie oceniałam swój wygląd, zachowanie, pracę, wszystko. Talent? Na pewno go nie mam. Kiedy coś mi się udawało, uważałam, że to pewnie przypadek. Deprecjonowałam samą siebie. I próbowałam udowodnić, że jestem OK, ale sama w to nie wierzyłam. Dużo czasu zajęło mi, żeby się w końcu od siebie samej trochę „odp***ić”. To wciąż jest proces, ale zmierzam w dobrym kierunku. Meryl Streep powiedziała, że jak była młodsza, to wchodząc do pokoju, zastanawiała się, czy ludzie ją lubią, a teraz zastanawia się, czy to ona lubi ich. Coraz częściej tak mam.
A umiesz mówić o sobie dobrze?
Potrafię przyznać, że jestem z siebie dumna, ale wciąż nie umiem się nad tym pochylić. Zamiast celebrować sukces, pytam: „Dobra, co dalej?”. Może to pozostałość z czasów szkoły muzycznej, do której uczęszczałam kilkanaście lat. Tam się nie chwaliło, tylko analizowało i rozkładało na czynniki pierwsze, co można poprawić. Obowiązywała filozofia, że szkoda czasu na mówienie o tym, co dobrze wyszło.
Czy poprzeczka, którą zawiesiłaś sobie tak wysoko, to „zasługa” tylko szkoły muzycznej, czy również sposobu, w jaki cię wychowano?
W moim domu z jednej strony panowała duża tolerancja na szalone pomysły, a z drugiej obowiązywał kult ciężkiej pracy. Widziałam, ile od siebie wymaga moja mama, jak ciągle sięga po więcej. Uczyła się nieustannie, bo najpierw studiowała japonistykę, potem dziennikarstwo, a jak miałam 13 lat, dostała się na studia reżyserskie do czeskiej Pragi. Środowisko filmowe było wtedy bardziej niż dziś zdominowane przez mężczyzn, więc musiała mieć dużo determinacji, żeby utorować sobie drogę. Z kolei mój dziadek – bo najpierw mieszkałyśmy z mamą z jej rodzicami i siostrą – był architektem i kiedyś pracował w Biurze Odbudowy Stolicy, co bardzo mi imponowało. Lubiłam zaglądać mu przez ramię i obserwować, jak odręcznie robi projekty. To była codzienna wielogodzinna dokładność. Dziadek kładł ogromny nacisk na to, żebym poprawnie posługiwała się językiem polskim. Korygował najdrobniejszy błąd. A gdy nie radziłam sobie z matematyką, powtarzał, że każdy inteligentny człowiek jest w stanie zdać maturę z tego przedmiotu. Ale wiedziałam, że dużo ode mnie wymaga, bo bardzo mnie kocha. Kiedy jakiś nauczyciel zalazł mi za skórę, odgrażał się, że powybija mu szyby w oknach. (śmiech) Więc mój dom rodzinny był miejscem, w którym dzieciom wysoko stawiało się poprzeczkę. Dziś myślę, że mnie nieco wyżej niż mojemu ciotecznemu bratu.
Bo byłaś dziewczynką?
I byłam starsza. Zawsze słyszałam: „Marysia, musisz być tą mądrzejszą”. Więc starałam się być. Ale pamiętaj, że to były lata 90., wciąż pokutowało przekonanie, że chłopcy mogą robić głupoty, bo muszą się wyszaleć, a dziewczynki powinny być rozsądniejsze.
I miłe oraz grzeczne.
Kiedyś terapeuta zapytał mnie, co najgłupszego zrobiłam w dzieciństwie, ale nie byłam w stanie mu odpowiedzieć. Więc dopytywał: „Żadnej awantury w sklepie o zabawkę? Kradzieży batonika dla draki? Popchnięcia kogoś w złości?”. A ja tylko przecząco kręciłam głową. Myślę, że wiele moich koleżanek miało podobnie. Słuchałam ostatnio ciekawego podcastu, w którym amerykańska psychiatra i wykładowczyni z Harvardu tłumaczyła, dlaczego wtedy to głównie chłopców diagnozowano na ADHD – dziewczynek wtedy po prostu nie badano. Więc szybko uczyły się maskować swoje objawy i dochodziły do perfekcji w tłumieniu naturalnych odruchów. Ja też doszłam i mogłam grać na fortepianie po sześć godzin dziennie, chociaż dla osoby z tym zaburzeniem siedzenie tak długo w jednym miejscu, bez dostępu do innych bodźców, to ogromne wyzwanie.
Świadomość, że masz ADHD, ułatwiła ci funkcjonowanie?
Czasem się śmieję, że to najmodniejsze zaburzenie sezonu, ale w końcu wiele rzeczy zaczęło mi się składać w całość. We wspomnianym podcaście padło zdanie, które utkwiło mi w głowie: „Różnica między kobietami i mężczyznami mającymi ADHD jest bardzo wyraźna: mężczyźni niszczą wszystko dookoła siebie, a kobiety niszczą siebie”. Wcześniej bagatelizowałam wiele swoich trudności, gasiłam swoją często zbyt dużą ekscytację i emocjonalność. Ale w końcu zrozumiałam, że dostałam pewien rodzaj instrukcji do samej siebie, a to jest bezcenne. ADHD oczywiście jest obciążeniem, ale bywa supermocą. Jedną z nich jest tzw. hiperfokus, czyli umiejętność maksymalnego skupienia. Jeśli coś mnie zafascynuje, mogę pracować od rana do nocy i nawet nie czuję zmęczenia. Z kolei multitasking sprawia, że potrafię ogarnąć wiele rzeczy naraz. Gram np. scenę, w której płaczę, a jednocześnie zauważam: „Kurczę, ten kubek tu nie stał!”. (śmiech)
Obiłaś już sobie lata bycia grzeczną? Potrafisz tupnąć nogą?
W pracy w pełni kontroluję emocje i chyba nikt nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Nigdy nie wybuchłam, nie popłakałam się czy nie wybiegałam ze zdjęć. Być może dlatego, że od razu po szkole teatralnej zaczęłam grać duże role i miałam poczucie, że muszę panować nad sobą, bo inaczej nie będę traktowana poważnie. Więc nauczyłam się wytrzymywać. Tylko jak nie pozwalasz sobie na pokazanie emocji w miejscu, gdzie spędzasz 15 godzin na dobę, to wracasz do domu i ścina cię z nóg. Wszystko ma swoją cenę. Staram się nad tym zdrowym wyrażaniem złości pracować.
Naprawdę nigdy nie puściły cię nerwy?
W zeszłym roku, kiedy kręciłam bardzo wymagający dla mnie film, „Przez ścianę” Macieja Sobieszczańskiego. Gram tam autentyczną postać, Wiesławę Pajdak, która zostaje aresztowana za działalność w podziemiu antykomunistycznym. Do celi obok trafia Jerzy Śmiechowski i pewnej nocy rozpoczynają rozmowę przez ścianę za pomocą kodu Morse’a. Po miesiącach porozumiewania się w ten sposób zakochują się w sobie, chociaż nigdy się nie widzieli. Do pierwszej części filmu musiałam przytyć, a potem mocno schudnąć, i choć starałam się ten proces przeprowadzić zdrowo, pod koniec i tak miałam rozregulowane hormony i rozwaloną tarczycę. Czułam się źle, byłam wiecznie głodna i blada jak ściana. To był okres, kiedy miałam krótki lont. Dlatego kiedy zdarzyło się tak, że nasze próby zorganizowano w bardzo chłodnym pokoju, przeziębiona, zmęczona i przebodźcowana, wykrzyczałam agentce w słuchawkę, że mam tego dość i na żadną taką próbę więcej nie pójdę. Potem długo ją przepraszałam i miałam potężne wyrzuty sumienia. Aż z nerwów dostałam gorączki. (śmiech)
Uważałaś, że mimo zmęczenia i choroby powinnaś wypełnić obowiązki?
Jasne, przecież byłam nauczona zachowywania się jak dzielna dziewczynka. Często rezygnowałam z siebie czy to na rzecz pracy, czy innych osób. Dziś myślę, że może była w tym nutka egoizmu, bo odstawiając na bok swoje potrzeby, mogłam być dumna, że tak się poświęciłam. Bardzo długo wchodziłam instynktownie w role opiekunki i ratowniczki. I nieraz się na tym w życiu przejechałam. Bo hulając kogoś do brzegu, sama tonęłam. Ogarniałam cudzy dramat, ale sama upadałam pod ciężarem tych problemów i emocji, a potem nie umiałam wstać. Dopiero z perspektywy czasu widzę, jakie to było głupie. Ale nie zrozum mnie źle: wciąż uważam, że trzeba pomagać innym, tylko nie poświęcając przy tym totalnie samej siebie. Dlatego uczę się, żeby siebie nie „nadużywać” i m.in. dlatego chodzę na terapię. Z przerwami, ale staram się, żeby to były spotkania, do których wracam.
Dlaczego są dla ciebie tak ważne?
Bo uważam, że nikt nie jest idealny i praca nad sobą sprawia, że jesteśmy lepsi dla siebie i świata. Poza tym w moim zawodzie terapia jest świetnym sposobe
Pozostało 70% artykułu
Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
Kup subskrypcję, aby mieć dostęp
do wszystkich artykułów miesięcznika Pani
PRENUMERATA AUTOODNAWIALNA WYDAŃ CYFROWYCH
- Wyjątkowa oferta cenowa tylko dla subskrybentów
- Dostęp przez przeglądarkę internetową lub dedykowaną aplikację
- Automatycznie odnawialne zamówienie bez dodatkowych procedur
- Możliwość rezygnacji z subskrypcji w dowolnym momencie
- Ulubione treści zawsze w zasięgu ręki
4.9 zł miesięcznie
Kup teraz